
– Proszę usiąść – powiedział mężczyzna, który wyraźnie miał ochotę porozmawiać. Wskazał krzesło. – Co do mnie, to kiedy moja żona zrzędzi, mam ochotę…
– …ryknąć? – wyrwało się Montalbanowi.
Mężczyzna na szczęście nie zrozumiał.
– …rozwalić jej łeb. Słucham pana.
– Czy znał pan Aurelia Lapecorę?
– Ja nie znam nikogo w tym domu. Mieszkam tu od pięciu lat i nie widziałem żywej duszy. Nie wychodzę nawet na klatkę schodową. Nie mogę ruszyć nogą, ciężko mi. Nie mieszczę się do windy, więc tu, na górę, wniosło mnie czterech ładowaczy z portu. Wnieśli mnie jak fortepian.
Zaśmiał się, wydając z siebie sekwencję grzmotów.
– Ale ja znałam pana Lapecorę – wtrąciła żona. – Był niemiłym człowiekiem. Kiedy miał się przywitać, cierpiał jak nie wiem co.
– Skąd pani się dowiedziała, że nie żyje?
– Skąd? Miałam wyjść po zakupy i chciałam ściągnąć windę. I nic, nie przyjechała. Pomyślałam, że ktoś zostawił otwarte drzwi, jak to często się zdarza tym chamom, którzy mieszkają w bloku. Zeszłam i zobaczyłam strażnika, który pilnował trupa. I po zakupach musiałam wejść pieszo po schodach. Do tej pory nie mogę złapać oddechu.
– Tym lepiej, nie będziesz tyle zrzędzić – skwitował słoń.
RODZINA CRISTOFOLETTI – było napisane na drzwiach trzeciego mieszkania, ale nikt nie odpowiadał na dzwonki komisarza. Znów zadzwonił do drzwi państwa Cosentino.
– Słucham, komisarzu.
– Może pan wie, czy rodzina Cristofoletti…
Strażnik potężnie klepnął się w czoło.
– Zapomniałem panu powiedzieć! Przez tego nieboszczyka zupełnie wyleciało mi z głowy. Państwo Cristofoletti są w Montelusie, oboje. Ona, pani Romilda, miała operację, sprawy kobiece. Jutro powinni wrócić.
