– Dziękuję.

– Nie ma za co.

Przeszedł dwa kroki po podeście klatki, wrócił i znowu zastukał.

– Słucham, komisarzu.

– Mówił pan, że ma doświadczenie z trupami. Skąd?

– Przez kilka lat byłem sanitariuszem.

– Dziękuję.

– Nie ma za co.


Zszedł na piąte piętro, na którym, według strażnika, stała winda z zamordowanym Aureliem Lapecorą. Czy wszedł, żeby się z kimś spotkać, i ten ktoś go zamordował?

– Przepraszam panią, nazywam się Montalbano, jestem komisarzem.

Młoda kobieta, która otworzyła drzwi – bardzo ładna, lecz zaniedbana trzydziestolatka – z konspiracyjną miną położyła palce na ustach, prosząc o ciszę.

Montalhano zaniepokoił się. Co miał oznaczać ten gest? Do diabla z tym zwyczajem, żeby chodzić bez broni! Kobieta ostrożnie oddaliła się od drzwi i komisarz, rozglądając się uważnie, wszedł do małego, wypełnionego książkami gabinetu.

– Błagam, proszę mówić cicho. Jeśli dziecko się obudzi, to koniec. Nie będziemy mogli rozmawiać, płacze jak opętane.

Montalbano odetchnął z ulgą.

– Pani wie już o wszystkim, prawda?

– Tak, od pani Gullotty, która mieszka obok – powiedziała kobieta, szepcząc mu do ucha.

Komisarz uznał tę sytuację za bardzo ekscytującą.

– Czyli nie widziała pani dziś rano pana Lapecory?

– Jeszcze nie wychodziłam z domu.

– Gdzie jest pani mąż?

– W Feli. Uczy w gimnazjum. Wyjeżdża samochodem równo piętnaście po szóstej.

Było mu przykro, że spotkanie okazało się takie krótkie: im dłużej patrzył, tym bardziej pani Gulisano – takie nazwisko widniało na tabliczce – mu się podobała. Kobieta instynktownie to wyczuła. Uśmiechnęła się.

– Czy mogę pana poczęstować filiżanką kawy?

– Chętnie się napiję – odparł Montalbano.


Chłopczyk, który otworzył mu drzwi sąsiedniego mieszkania, mógł mieć najwyżej cztery lata i był mocno zezowaty.

– Kim jesteś, cudzoziemcem? – spytał.



12 из 181