
– Jestem policjantem – odpowiedział Montalbano, zmuszając się do uśmiechu.
– Nie weźmiesz mnie żywcem – powiedział chłopczyk i strzelił w niego z pistoletu na wodę.
Nastąpiła krótka szamotanina, po której rozbrojony maluch się rozpłakał. Montalbano, z determinacją płatnego mordercy, strzelił mu w twarz, dokumentnie zalewając go wodą.
– Co się stało? Kto to?
Mama aniołka, pani Gullotta, nie miała nic wspólnego z mamusią z sąsiedztwa. Bez pytania mocno spoliczkowała synka, następnie podniosła upuszczony przez komisarza pistolet i wyrzuciła go przez okno.
– I tak się kończy strzelanina!
Drąc się jak opętany, chłopczyk uciekł do drugiego pokoju.
– To wina jego ojca, który kupuje mu zabawki! Cały dzień jest poza domem, ma wszystko w dupie, a ja muszę zajmować się tym szatanem! Czego pan chce?
– Nazywam się Montalbano, jestem komisarzem. Czy pan Lapecora był u państwa przypadkiem dziś rano?
– Lapecora? U nas? A niby po co?
– To pani powinna wiedzieć.
– Znałam Lapecorę, owszem, ale tylko dzień dobry, do widzenia i ani słowa więcej.
– Może pani mąż…
– Mój mąż nawet nie rozmawiał z Lapecorą. A poza tym kiedy miałby rozmawiać? On cały dzień jest poza domem i ma wszystko w dupie.
– Gdzie jest pani mąż?
– Jak pan widzi, poza domem.
– Tak, ale gdzie pracuje?
– W porcie. Na targu rybnym. Wstaje o wpół do piątej rano i wraca o ósmej wieczorem. Szukaj wiatru w polu!
Wyrozumiała, ta pani Gullotta.
Na drzwiach trzeciego i ostatniego mieszkania na piątym piętrze był napis: PICCIRILLO. Kobieta, która otworzyła – dystyngowana pięćdziesięciolatka – sprawiała wrażenie podenerwowanej.
– Czego pan chce?
– Jestem komisarzem, nazywam się Montalbano.
Kobieta spuściła oczy.
– My nic nie wiemy.
Montalbano poczuł, że coś tu nie gra. Czyżby to dla tej kobiety Lapecora wszedł na piąte piętro?
