
– Nie – powiedział Montalbano. – To nie wszystko.
– Co pan ma na myśli? Powiedziałam prawdę! – odburknęła z urazą rozzłoszczona pani Piccirillo.
– Prawda jest nieco inna i mniej przyjemna. Obie natychmiast zrozumiałyście, że ten mężczyzna nie żyje. Ale nic nie powiedzieliście, udawałyście, że nic się nie stało. Dlaczego?
– Nie chciałyśmy, by wycierano sobie nami usta – przyznała zdruzgotana pani Piccirillo. Ale zaraz odzyskała energię i krzyknęła histerycznie: – My jesteśmy uczciwe!
I te dwie uczciwe osoby pozwoliły, żeby zwłoki znalazł ktoś inny, być może mniej uczciwy. A jeśli Lapecora jeszcze żył? Miały to gdzieś, niech umiera… Co? Co takiego? Wychodząc, trzasnął drzwiami i zobaczył przed sobą Fazia, który przyszedł dotrzymać mu towarzystwa.
– Jestem, komisarzu. Jeśli pan potrzebuje…
Zaświtała mu myśl.
– Tak, potrzebuję. Zapukaj do tego mieszkania, są w nim dwie kobiety, matka i córka. Nie udzieliły pomocy. Zabierz je na komisariat i narób przy tym jazgotu na cały dom. Wszyscy muszą pomyśleć, że je aresztowaliśmy. Potem, kiedy przyjdę, wypuścimy je na wolność.
Kiedy pan Culicchia, księgowy, który mieszkał na czwartym piętrze, otworzył drzwi, natychmiast odepchnął komisarza.
Moja żona nie może nas usłyszeć – powiedział, przymykając za sobą drzwi.
– Jestem komisarzem…
– Wiem, wiem. Odniósł mi pan butelkę?
– Jaką butelkę? – spytał zdziwiony Montalbano, przypatrując się zażywnemu siedemdziesięciolatkowi o wyglądzie spiskowca.
– Tę, która była przy zmarłym, białe corvo.
– Nie należała do pana Lapecory?
– Jeszcze czego! To moje!
– Przepraszam, ale nie rozumiem. Czy mógłby pan to lepiej wyjaśnić?
– Dziś rano wyszedłem po zakupy. Kiedy wróciłem, otworzyłem windę. W środku siedział Lapecora, martwy. Natychmiast się zorientowałem.
