
– Kiedy już zaprowadzisz je na komisariat, kup butelkę białego corvo i przynieś temu panu.
Z rozmów z pozostałymi lokatorami Montalbano nie wyniósł niczego ważnego. Jedynym, który powiedział coś ciekawego, był nauczyciel szkoły podstawowej, Bonavia, z trzeciego piętra. Wytłumaczył komisarzowi, że jego ośmioletni syn Matteo, szykując się do szkoły, upadł i rozbił sobie nos. Ponieważ krew nie przestawała lecieć, zawiózł go na pogotowie. Wydarzyło się to około siódmej trzydzieści, a w windzie nie było śladu pana Lapecory, ani żywego, ani martwego.
Abstrahując od podróży windą, jakie odbył nieboszczyk, Montalbanowi wydało się jasne, że po pierwsze – denat był chyba porządnym, choć zdecydowanie antypatycznym człowiekiem; po drugie – został zamordowany w windzie między siódmą trzydzieści pięć a ósmą.
Skoro morderca ryzykował, że jakiś lokator zobaczy go w windzie razem ze zmarłym, oznaczało to, że zabójstwo nie było zaplanowane, lecz zostało popełnione pod wpływem nagłego impulsu.
To niewiele. Komisarz spróbował ogarnąć myślami wszystkie te ustalenia. Potem spojrzał na zegarek. Była druga! W końcu zrozumiał, dlaczego jest taki głodny. Zadzwonił do Fazia.
– Idę coś zjeść do Calogera. Jeśli w tym czasie pojawi się Augello, przyślij go do mnie. Aha, postaw kogoś przed mieszkaniem zmarłego. Niech nikt tam nie wchodzi, dopóki nie wrócę.
– Nikt, czyli kto?
– Wdowa, pani Lapecora. Czy panie Piccirillo wciąż jeszcze są na posterunku?
– Tak, panie komisarzu.
– Odeślij je do domu.
– A co mam im powiedzieć?
– Że śledztwo jest w toku. Tak, żeby te przyzwoite kobiety posrały się ze strachu.
3
– Co mogę panu dzisiaj podać?
– A co masz?
– Na pierwsze co tylko pan chce.
– Za pierwsze dziękuję. Mam ochotę na coś lekkiego.
– Na drugie przygotowałem okonia w sosie slodko-kwaśnym i morszczuka w sosie sardelowym.
