
– Też bym coś zjadł.
– Rób, co chcesz. Tylko nic nie mów. Radzę ci jak bratu, w twoim własnym interesie. Nic nie mów, i to pod żadnym pretekstem. Jeśli się odezwiesz, zanim zjem tego morszczuka, to będę gotowy cię rozszarpać.
– Proszę o spaghetti z małżami – powiedział bez cienia lęku Mimi do przechodzącego Calogera.
– Z sosem pomidorowym czy bez?
– Bez.
Oczekując, Augello wziął gazetę komisarza i zaczął czytać. Spaghetti nadeszło dopiero wtedy, gdy Montalbano skończył swojego morszczuka, i cale szczęście, ponieważ Mimi obficie posypał swoje danie parmezanem. Jezu! Nawet hienie, która przecież jest hieną i żywi się ścierwem, żołądek przewróciłby się na drugą stronę na samą myśl, że makaron z małżami można posypać parmezanem!
– Co zrobiłeś kwestorowi?
– Nie rozumiem.
– Chcę tylko wiedzieć, czy lizałeś mu dupę, czy jaja.
– O co ci chodzi?
– Mimi, dobrze się znamy. W lot złapałeś sprawę tego zastrzelonego Tunezyjczyka, żeby się tylko pokazać.
– Wypełniłem swój obowiązek, ponieważ ciebie nie można było nigdzie znaleźć.
Uznał, że parmezanu jest za mało, więc dosypał sobie dwie łyżeczki i jeszcze utarł na spaghetti pieprzu.
– A do biura prefekta jak wszedłeś? Na kolanach?
– Przestań, Salvo.
– Niby dlaczego? Przecież ty nigdy nie tracisz okazji, żeby narobić mi koło pióra.
– Ja? Ja miałbym narobić ci koło pióra?! Salvo, gdybym naprawdę chciał narobić ci koło pióra w ciągu tych czterech lat, odkąd pracujemy ze sobą, to kierowałbyś teraz najbardziej zasranym komisariatem w najgorszej pipidówie na Sardynii, a ja byłbym co najmniej wicekwestorem. Wiesz, kim ty jesteś, Salvo? Durszlakiem, który ma więcej dziur, niż zarejestrowano w urzędzie patentowym. A ja nie robię niczego innego, tylko ci je zalepiam, jak mogę.
Miał całkowitą rację i Montalbano, który już zdążył się wyładować, zmienił ton.
– Przynajmniej mnie poinformuj.
