
– Błazen! – burknął Montalbano i nastawił na Televigatę, stację w której pracował Prestia, szwagier Galluzza. I tu pojawił się Jacomuzzi, tyle że już nie na kutrze. Tym razem udawał, że zdejmuje odciski palców w windzie, w której został zamordowany Lapecora.
Montalbano zaklął, wstał, cisnął książką o ścianę. Oto dlaczego Galluzzo był tak sceptyczny – wiedział, że wiadomość już się rozeszła, i nie miał odwagi mu tego powiedzieć. Na pewno to Jacomuzzi zawiadomił dziennikarzy, żeby się pokazać. Nie umiał się oprzeć pokusie ekshibicjonizm tego człowieka dochodził do szczytów osiągalnych jedynie dla miernego aktora lub niskonakładowego pisarza.
Teraz na ekranie królował Pippo Ragonese, komentator polityczny stacji. Oświadczył, że będzie mówił o nikczemnej agresji Tunezyjczyków na kuter rybacki, który spokojnie łowił na naszych wodach terytorialnych, czyli na świętej ziemi ojczystej. Ziemia nie była to na pewno, ponieważ do incydentu doszło na morzu, ale ojczyzna – owszem. Rząd mniej bojaźliwy od tego, który z nadania skrajnej lewicy właśnie sprawuje władzę, na pewno stanowczo zareagowałby na prowokację, która…
Montalbano wyłączył telewizor.
Czuł, że nieprędko opuści go irytacja wywołana gorliwością Jacomuzziego. Siedząc na werandzie, która wychodziła na plażę, patrząc na oświetlone księżycem morze, wypalił trzy papierosy, jeden za drugim. Być może uspokoiłby go głos Livii, przynajmniej na tyle, żeby mógł się położyć i zasnąć.
