– Halo, jak się czujesz, Livio?

– Tak sobie.

– Miałem ciężki dzień.

– Ach, tak?

Co, u licha, działo się z Livią? Po chwili przypomniał sobie, że ich poranna rozmowa skończyła się niefortunnie.

– Dzwonię, żeby przeprosić za moje chamstwo. I nie tylko. Gdybyś wiedziała, jak tęsknię…

Poczuł, że chyba przesadza.

– Tęsknisz, naprawdę?

– Tak, i to bardzo.

– Posłuchaj, Salvo, w sobotę rano wsiadam do samolotu i przed obiadem będę w Vigacie.

Przestraszył się, tylko Livii tu brakowało.

– Ależ nie, kochana, dla ciebie to przecież kłopot…

Kiedy już coś sobie wbiła do głowy, była gorsza od muchy. Powiedziała, że przyleci w sobotę, więc na pewno przyleci. Montalbano pomyślał, że nazajutrz musi zadzwonić do kwestora. Żegnaj, makaronie z czarnym sosem z mątwy!


Nic się nie działo, więc następnego dnia, około jedenastej, komisarz skierował się leniwie w stronę Salita Granet. Pierwszym sklepem na tej ulicy była piekarnia, założona sześć lat temu. Piekarz i jego pomocnik, owszem, wiedzieli, że człowiek, który miał biuro pod numerem dwudziestym ósmym, został zamordowany, ale go nie znali, nigdy go nie widzieli. Nie wydawało się to możliwe, więc Montalbano naciskał ich pytaniami, coraz bardziej wcielając się w rolę gliniarza, aż wreszcie zdał sobie sprawę, że pan Lapecora z domu do pracy szedł przeciwległym odcinkiem ulicy. I rzeczywiście, w sklepie spożywczym pod numerem dwudziestym szóstym znali biednego pana Lapecorę, pewnie! Znali również Tunezyjkę… jak ona się nazywała… Karima, ładna babeczka, i pomiędzy właścicielem a sprzedawcami przemknęły znaczące uśmieszki. Rany! Ręki w ogień by nie włożyli, ale sam pan rozumie, komisarzu, że taka ładna dziewczyna, sama w domu z takim mężczyzną jak biedny pan Lapecora, który jak na swój wiek wyglądał jeszcze całkiem, całkiem… Tak, miał siostrzeńca, aroganckiego pyszałka, który często parkował za blisko drzwi sklepu, aż raz pani Micciche, która waży sto pięćdziesiąt kilo, utknęła między jego samochodem a futryną… Co do tablicy, to nie bardzo… Gdyby nie zmieniono symboli i tak jak kiedyś PA znaczyłoby Palermo, a BO znaczyłoby Bolonia, byłoby łatwiej.



33 из 181