Trzeci i ostatni sklep na Salita Granet prowadził sprzedaż artykułów gospodarstwa domowego. Właściciel, pan Zircone Angelo, którego imię i nazwisko widniały na szyldzie, stał za ladą i czytał gazetę. Pewnie, że znał nieboszczyka, sklep jest w tym miejscu od dziesięciu lat. Kiedy pan Lapecora przechodził, ostatnio tylko w poniedziałki, środy i piątki, zawsze się witał. Bardzo porządny człowiek. Tak, widywał również Tunezyjkę, piękna dziewczyna. Tak, również siostrzeńca, czasami. Siostrzeńca i jego przyjaciela.

– Jakiego przyjaciela? – spytał zaskoczony Montalbano.

Okazało się, że pan Zircone widział tego przyjaciela co najmniej trzy razy: razem z siostrzeńcem przyjeżdżał i razem z siostrzeńcem wchodził pod dwudziesty ósmy. Jasnowłosy, grubawy trzydziestolatek. Więcej nie potrafi powiedzieć. Tablica rejestracyjna? Żartuje pan? Przecież z tych nowych tablic nie można nawet wyczytać, czy są bisurmańskie, czy chrześcijańskie. Szare bmw metalik, to wszystko.

Komisarz nacisnął dzwonek przy drzwiach biura. Nikt nie otwierał. Widocznie Galluzzo, zaczajony za drzwiami, zastanawiał się, jak powinien postąpić.

– To ja, Montalbano.

Drzwi otworzyły się natychmiast.

– Tunezyjka jeszcze nie przyszła – powiedział Galluzzo.

– I nie przyjdzie. Miałeś rację, Galluzzo.

Policjant zmieszał się i spuścił wzrok.

– Kto sypnął?

– Doktor Jacomuzzi.

Żeby jakoś przetrwać czas warty, Galluzzo doskonale się przygotował. Przywłaszczywszy sobie stos starych numerów „Venerdi”, kolorowego dodatku do dziennika „La Repubblica”, które pan Lapecora trzymał w porządku chronologicznym na jednej z półek regału – tej, na której było najmniej teczek – porozrzucał je na biurku w poszukiwaniu stron przedstawiających mniej lub bardziej obnażone kobiety. Wreszcie przestał je oglądać i oddał się rozwiązywaniu krzyżówek w jakimś pożółkłym piśmie.



34 из 181