
W numerze z trzydziestego lipca brakowało jednej kartki, w numerze z pierwszego września – tyle samo.
Wszystkie trzy anonimy zostały złożone tu, w biurze.
– Za przeproszeniem – powiedział Montalbano, kiedy już skończyli.
Galluzzo usłyszał, jak komisarz śpiewa w ubikacji.
5
– Mówi Montalbano. Panie kwestorze, dzwonię, żeby powiedzieć, że jest mi niewymownie przykro, ale jutro nie będę mógł przyjść do państwa na kolację.
– Jest panu przykro dlatego, że nie możemy się spotkać, czy ze względu na sos z mątwy?
– Oba powody są ważne.
– Jeżeli w grę wchodzą obowiązki służbowe, nie mogę…
– To nie obowiązki służbowe… Rzecz w tym, że na dwadzieścia cztery godziny przyjeżdża do mnie…
Narzeczona? To zabrzmiałoby jak dziewiętnastowieczna formułka. Dziewczyna? W tym wieku?
– Kobieta? – zasugerował kwestor.
– No właśnie.
– Panna Livia Burlando musi pana bardzo kochać, skoro podejmuje tak długą i męczącą podróż.
Nigdy nie mówił swojemu przełożonemu o Livii, więc ten oficjalnie nie powinien wiedzieć o jej istnieniu. Chyba że poznali się, kiedy Montalbano leżał ranny w szpitalu.
– A może – zaproponował kwestor – zechciałby pan nam ją przedstawić? Moja żona byłaby szczęśliwa. Proszę przyjść razem z panią Livią, jutro wieczorem.
Sobotnia wyżerka była uratowana.
– Czy rozmawiam z komisarzem? Z nim osobiście?
– Tak, proszę pani, to ja.
– Chciałabym coś powiedzieć a propos tego pana, którego zamordowano wczoraj rano.
– Znała go pani?
– I tak, i nie. Nigdy z nim nie rozmawiałam. A jak się nazywa, dowiedziałam się wczoraj wieczorem z dziennika.
– Czy to, co pani ma do powiedzenia, jest naprawdę istotne?
– Chyba tak.
– Więc dobrze, proszę przyjść do mojego biura około piątej po południu.
– Nie mogę.
– Dobrze, więc jutro.
