
– Jutro też nie. Jestem sparaliżowana.
– Rozumiem. A więc to ja przyjdę do pani, i to od razu.
– Cały czas jestem w domu.
– Gdzie pani mieszka?
– Salita Granet dwadzieścia trzy. Nazywam się Clementina Vasile Cozzo.
Kiedy szedł na spotkanie, ktoś go zawołał. Rozejrzał się – to major Marniti, który siedział przy stoliku w kawiarni „Albanese” z jakimś młodszym oficerem.
– Przedstawiam panu porucznika Piovesana, dowódcę łodzi patrolowej „Błyskawica”, tej, którą…
– Miło mi, Montalbano – przerwał majorowi komisarz. Ale wcale nie było mu miło. Szczęśliwie pozbył się sprawy kutra, więc dlaczego wciąż ktoś usiłował go w nią wrobić?
– Napije się pan z nami kawy?
– Naprawdę nie mogę, jestem zajęty.
– Tylko pięć minut.
– Dobrze, ale bez kawy.
Usiadł.
– Proszę mówić – powiedział Marniti do Piovesana.
– Wietrzę w tym jakieś oszustwo.
– Co pan ma na myśli?
– Ta historia z kutrem spędza mi sen z powiek. Otrzymaliśmy sygnał mayday z „Opatrzności” o pierwszej w nocy. Podali nam pozycję i powiedzieli, że ściga ich łódź patrolowa „Rameh”.
– Gdzie się znajdowali? – spytał wbrew sobie komisarz.
– Tuż za naszymi wodami terytorialnymi.
– I wyruszyliście.
– Prawdę mówiąc, to należało do łodzi „Piorun”, która znajdowała się bliżej.
– Więc dlaczego nie popłynął tam „Piorun”?
– Dlatego, że godzinę wcześniej wysłano SOS z kutra „Grzmot”, który nabierał wody przez burtę. Skierowano je właśnie do „Pioruna”, który od razu popłynął z pomocą. W ten sposób duży akwen wodny pozostał bez kontroli.
„Błyskawica, Piorun, Grzmot: w marynarce kiepska pogoda jest na porządku dziennym” – pomyślał Montalbano, lecz głośno powiedział:
– I oczywiście nie znaleźli żadnego kutra, który potrzebował pomocy.
– Oczywiście. I ja również, kiedy dotarłem na miejsce, nie znalazłem ani „Opatrzności”, ani łodzi „Rameh”, która zresztą tej nocy nawet nie pełniła służby. Nie wiem, co powiedzieć, ale to mi śmierdzi.
