
– Czym? – spytał Montalbano.
– Przemytem – odparł Piovesan.
Komisarz wstał i prostując plecy, rozłożył ręce.
– I co my teraz możemy począć? Ci z Trapani i z Mazary przejęli śledztwo.
Montalbano marnował talent aktorski.
– Komisarzu Montalbano!
Znowu ktoś go wolał. Czy wreszcie dojdzie do tej pani, albo panny, Clementiny? Odwrócił się, biegł za nim Gallo.
– Co jest?
– Nic. Zobaczyłem pana, to zawołałem.
– Dokąd idziesz?
– Zadzwonił do mnie Galluzzo z biura Lapecory. Kupię kilka bułek i pójdę dotrzymać mu towarzystwa.
Numer dwudziesty trzeci na Salita Granet znajdował się dokładnie naprzeciw dwudziestego ósmego, a oba domy były identyczne.
Clementina Vasile Cozzo była elegancko ubraną siedemdziesięciolatką. Siedziała w fotelu na kółkach. Pojechała w głąb lśniącego czystością mieszkania, by zatrzymać się przy oknie z firankami. Montalbano szedł za nią. Dała mu znak, żeby wziął krzesło i usiadł przy niej.
– Jestem wdową – zaczęła – ale mój syn Giulio dba o to, żeby niczego mi nie zabrakło, zanim przeszłam na emeryturę, uczyłam w szkole podstawowej. Syn płaci za pokojówkę, która troszczy się o mnie i o mieszkanie. Przychodzi trzy razy dziennie, rano, w południe i wieczorem, kiedy kładę się spać. Moja synowa, która kocha mnie jak rodzona córka, zagląda tu co najmniej raz dziennie, podobnie jak Giulio. Nie licząc tego nieszczęścia, które mnie spotkało sześć lat temu, nie mogę narzekać. Słucham radia, oglądam telewizję, ale przede wszystkim czytam. Widzi pan?
Wskazała palcem dwa regały wypełnione książkami.
Kiedy pani Cozzo, bo już na pewno nie panna, zdecyduje się wreszcie przejść do rzeczy?
– Opowiedziałam panu to wszystko, żeby dać do zrozumienia, że nie jestem wścibska, że nie siedzę całymi dniami przy oknie, żeby patrzeć, co robią inni. Ale czasami widzi się nawet takie rzeczy, których nie chciałoby się zobaczyć.
