
Rozległ się dzwonek telefonu komórkowego, który pani Cozzo trzymała na półce.
– Giulio? Tak, jest u mnie komisarz. Nie, nie potrzebuję niczego. Zadzwonię później.
Spojrzała na Montalbana z uśmiechem.
– Giulio był przeciwny naszemu spotkaniu. Nie chciał, żebym się wtrącała, mieszała w sprawy, które według niego mnie nie dotyczą. Przez dziesiątki lat ludzie stąd powtarzali tylko jedno: że mafia ich nie obchodzi, że to wewnętrzne sprawy mafiosów. Ale ja wpajałam moim uczniom, że najgorszym z grzechów śmiertelnych jest nic nie widzieć i o niczym nie słyszeć. Więc teraz, kiedy powinnam opowiedzieć o tym, co sama widziałam, miałabym się wycofać?
Zamilkła, westchnęła. Montalbanowi pani Clementina Vasile Cozzo coraz bardziej się podobała.
– Musi mi pan wybaczyć te dywagacje. Czterdzieści lat bez przerwy tylko mówiłam, więc mam już taki zwyczaj. Proszę wstać.
Montalbano posłuchał jak prymus.
– Proszę stanąć za moimi plecami i pochylić głowę.
Kiedy komisarz zgiął się już tak nisko, że mógłby szeptać jej wprost do ucha, kobieta odsunęła firankę.
Można było odnieść wrażenie, że znaleźli się w biurze pana Lapecory, w pierwszym pokoju, ponieważ muślin rozpostarty bezpośrednio na szybach okiennych był za rzadki, żeby zasłonić wnętrze. Gallo i Galluzzo jedli bułki, duże jak bochenki chleba. Pomiędzy nimi stała butelka wina i dwa plastikowe kubeczki. Okno pani Clementiny było nieco wyżej, a dziwny efekt optyczny sprawiał, że zarówno policjanci, jak i znajdujące się w pokoju przedmioty wydawały się lekko powiększone.
– Zimą, kiedy włączali światło, było widać jeszcze lepiej – stwierdziła kobieta, opuszczając firankę.
Montalbano znów usiadł.
– A więc co pani widziała? – zapytał.
I pani Clementina Vasile Cozzo opowiedziała.
Kiedy skończyła opowieść i komisarz zbierał się do wyjścia, usłyszał odgłos otwieranych i zamykanych drzwi.
