
tata
– I co pan zrobił?
– No cóż, dwa dni później miałem lecieć do Nowego Jorku. Nie było mnie miesiąc. Kiedy wróciłem, zadzwoniłem do taty i spytałem, czy jeszcze potrzebuje mojej pomocy, ale powiedział, że nie. Potem widzieliśmy się jeszcze kilka razy, ale on już nie wrócił do sprawy.
– Czy ma pan jakieś podejrzenia co do tego, jaką niemiłą sprawę pański ojciec mógł mieć na myśli?
– Wtedy myślałem, że chodzi o firmę, którą chciał na nowo otworzyć, czemu byłem zdecydowanie przeciwny. Wręcz się pokłóciliśmy. Co więcej, mama wspomniała mi o związku taty z kobietą, która zmuszała go do nadmiernych wydatków…
– Zatrzymajmy się przy tym. Więc był pan przekonany, że pomoc, jakiej oczekiwał od pana ojca, polegała zasadniczo na pożyczce albo czymś takim?
– Jeśli mam być szczery, to tak.
– I nie zareagował pan, pomimo że ton listu był niespokojny i mógł budzić troskę?
– Cóż, widzi pan…
– Czy pan dobrze zarabia, doktorze?
– Nie mogę narzekać.
– Proszę zaspokoić moją ciekawość: dlaczego chciał mi pan pokazać ten list?
– Dlatego, że w świetle tego zabójstwa sprawa przedstawia się chyba inaczej. Myślę, że to może się przydać podczas dochodzenia.
– Nie, nie może – odpowiedział spokojnie Montalbano. – Niech pan zabierze ten list i nosi go zawsze na sercu. Czy ma pan dzieci?
– Syna. Nazywa się Calogerino, ma cztery lata.
– Życzę panu, żeby nigdy nie musiał pan go prosić o pomoc.
– Dlaczego? – spytał zdezorientowany doktor Antonino Lapecora.
– Bo jeśli niedaleko pada jabłko od jabłoni, to będzie pan miał przesrane.
– Jak pan śmie?!
– Jeśli nie zniknie pan w ciągu dziesięciu sekund, każę pana aresztować pod byle pretekstem.
Lekarz tak gwałtownie rzucił się do ucieczki, że aż wywrócił krzesło, na którym dotychczas siedział.
Aurelio Lapecora rozpaczliwie prosił syna o pomoc, a ten, mając do wyboru własny interes i ojca, wybrał podróż za ocean.
