
– I do widzenia! – skomentował poirytowany Montalbano, opadając od razu na duchu (niebo nieco się zachmurzyło).
– Zaczekaj, zaczekaj – powiedział Fazio do staruchy, wyciągając przed siebie ręce w międzynarodowym geście, który oznacza „stój”.
Kobieta zrozumiała i od razu umilkła.
– Ka-ri-ma? – spytał Fazio i z obawy, w źle wypowiedział imię, wysunął biodro i zafalował łykami, udając, że gładzi sobie obfite, całkiem wymyślone włosy.
Kobieta roześmiała się.
– Karmia! – powiedziała i wskazała palcem pokój na górze.
Weszli po schodach – Fazio z przodu, za nim Montalbano, wreszcie kobieta, która zamykała szereg i pokrzykiwała niezrozumiale. Fazio zastukał, ale nikt nie odpowiedział. Wrzaski kobiety się nasiliły, Fazio zastukał ponownie. Kobieta zdecydowanie odsunęła komisarza, potem odepchnęła też Fazia, stanęła plecami do drzwi, powtórzyła gest Fazia, głaszcząc sobie włosy i kołysząc biodrem, następnie wykonała taki ruch, jak gdyby miała zamiar odejść, opuściła prawą rękę z wyprężoną dłonią, potem podniosła ją, rozchyliła palce i znów udała, że chce sobie pójść.
– Miała syna? – zdziwił się komisarz.
– Odeszła z pięcioletnim synem, jeśli dobrze zrozumiałem – potwierdził Fazio.
– Chcę się dowiedzieć czegoś więcej – powiedział Montalbano. – Zadzwoń do Urzędu Imigracyjnego w Montelusie i każ przysłać kogoś, kto mówi po arabsku. Najszybciej, jak to możliwe.
Fazio oddalił się, a za nim poszła kobieta, która nawet na chwilę nie przestawała mówić. Komisarz usiadł na stopniu, zapalił papierosa i zaczął bawić się z jakąś jaszczurką w „kto wytrzyma dłużej bez ruchu”.
