
Rękojeść noża, który wystawał spomiędzy łopatek pana Lapecory, była starta – zwykłe narzędzie kuchenne.
– Kiedy mogli go, zamordować? – spytał komisarz doktora Pasquano.
– Na oko dziś z rana, między siódmą a ósmą. Ale ustalę to dokładnie.
Nadciągnął Jacomuzzi z ludźmi z sądówki i zaczęli swoje skomplikowane badania.
Montalbano wyszedł z bramy. Wiał wiatr, ale niebo i tak pozostawało zakryte chmurami. Ulica była króciutka, znajdowały się na niej tylko dwa sklepy, jeden na wprost drugiego. Po lewej stronie stał stragan owocowo-warzywny, obsługiwany przez chudego mężczyznę. Jedno z grubych szkieł jego okularów było pęknięte.
– Dzień dobry, nazywam się Montalbano, jestem komisarzem. Czy widział pan przypadkiem dziś rano, jak wychodziła stąd lub tu wchodziła pani Lapecora?
Chudy mężczyzna roześmiał się, ale nie odpowiedział.
– Czy słyszał pan moje pytanie? – spytał komisarz, nieco zwarzony.
– Słyszeć, słyszałem – odpowiedział sprzedawca. – Ale co do widzenia, to klęska. Nawet gdyby z tej bramy wyjechał czołg, nie udałoby mi się go zauważyć.
Po prawej stronie był sklep rybny, w którym stało dwóch klientów. Komisarz zaczekał, aż wyjdą, po czym wszedł do środka.
– Dzień dobry, Lollo.
– Dzień dobry, komisarzu. Mam świeżutkie sardele.
– Lollo, nie przyszedłem po ryby.
– Po trupa?
– Tak.
– Jak umarł Lapecora?
– Nóż w plecy.
Lollo patrzył na niego z otwartymi ustami.
– To go zamordowali?!
– Dlaczego tak cię to dziwi?
– A kto mógł zamordować pana Lapecorę? To był wielki dżentelmen. Zwariować można.
– Widziałeś go dziś rano?
– Nie.
– O której otworzyłeś sklep?
– O szóstej trzydzieści. No tak, na rogu wpadłem na panią Antoniettę, jego żonę. Biegła.
