Pokój w Krynicy Morskiej znaleźliśmy bez żadnego trudu i przenieśliśmy się tam jeszcze tego samego dnia, zabierając rzeczy z Sopotu. Nasza gospodyni obiecała nawet przyrządzać nam ryby na kolację.

Nazajutrz prawie od rana ruszyliśmy na penetrację terenu.

Asfaltowa, kręta szosa wiodła gdzieś w dal i, według mapy, prowadziła ku granicy co najmniej przez jedenaście kilometrów. Po drodze mój słodki piesek usiłował wjeżdżać w las, w kierunku plaży, wszędzie gdzie jakikolwiek wjazd dawał się zauważyć. Samochód w zasadzie należał do mnie i czułam się tym nieco zaniepokojona.

– Nie wygłupiaj się, kto nas stąd będzie wyciągał?! Władujesz się w piasek albo w jakie wądoły! Uważaj, dziura…! Korzenie…! Przestań jeździć po schodach!!!

– To idź do przodu i patrz, jaka droga.

– Rozpędziłam się. Ty idź, a ja będę jechała. Torowanie drogi należy do mężczyzny!

Zgodził się na tę kombinację, z niechęcią, ale rozsądnie. Po wądołach i dziurach umiałam jeździć lepiej niż on, co nie było żadną moją zasługą, tylko osobliwą właściwością organizmu, przejętą zapewne od nietoperzy. Wiódł mnie jakiś tajemniczy rodzaj radaru, który kazał omijać najgorsze i sam wybierał lepszą drogę, poza tym pociechą była mi myśl, że zawsze możemy wrócić, volkswagen-garbus gdzie wjechał, tam wykręcił. Jedyne, czego odmówiłam stanowczo, to przepychania się przez błotniste doły i piaszczyste górki.

– Tam! – orzekliśmy w końcu zgodnie. – Na tamtym przejeździe było najlepiej!

– Zapamiętajmy miejsce i popatrzmy na licznik – poradziłam jeszcze, ustępując mu znów miejsca przy kierownicy.



11 из 300