Zastosowana metoda zwiedzania terenu sprawiła, że te jedenaście kilometrów zajęło nam cały dzień. Dalej nie było już asfaltu, tylko drogi gruntowe i w ogóle koniec świata. W kierunku morza wiodły przejścia przez las, pagórkowate i nie do przejechania, przelecieliśmy je piechotą. Wybrany zjazd ku plaży bezwzględnie był najlepszy.

Ten wschód słońca jednakże nas korcił. O rządzących bursztynem prawach przyrody nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, ale nasze rozumowanie wydawało się logiczne: kto pierwszy, ten lepszy. Jakoś to na brzeg wychodzi, nie wiadomo kiedy, zapewne w nocy, pierwsza osoba znajdzie i druga może się już wypchać. Koniecznie, bodaj raz, musimy spróbować wschodu słońca!

Udało nam się osiągnąć upragniony cel za trzecim podejściem. Słońce wschodziło wprawdzie dopiero o siódmej, ale na urlopie taka godzina wydawała się mordercza, szczególnie że ubieranie się, wypicie herbaty, pokonanie tych paru kilometrów szosą i galop przez wydmy wymagały dodatkowego czasu, wstać zatem należało przed szóstą. W ciemnościach. Dwukrotnie przerosło to nasze siły i wreszcie, za tym trzecim razem…

Żeby już na pewno nie zaspać, wyleźliśmy z łóżka o piątej. Gorąca herbata czekała w termosie, ubieranie się, nawet w te wszystkie swetry, gacie, skarpetki i szaliki, zajęło zaledwie kwadrans. Nagle okazało się, że nie mamy co robić.

Oczekiwanie na właściwą porę było tak męczące, że nie wytrzymał tego ani on, ani ja. Opuściliśmy dom na palcach, bo nikt się jeszcze ze wstawaniem nie wygłupiał, praca na świeżym powietrzu wymaga dnia. Gnani niecierpliwością, znaleźliśmy swój najlepszy przejazd szybciej niż można się było spodziewać. Potykając się w kopnym piachu, wleźliśmy na wydmę. Panował mrok, wiał lekki wiaterek i mżył delikatny deszczyk.

– Wschodzi już to słońce czy nie? – zirytował się słodki piesek. – Gówno widać!

– Ląd od morza da się odróżnić – pocieszyłam go. – A co do słońca, to, wedle zegarka, powinno wzejść za pół godziny.



12 из 300