– Przesadziliśmy chyba…?

– Może nieco. Ogólnie biorąc, powinno się rozwidniać, ale zdaje się, że są chmury…

– Masz wątpliwości? Deszcz pada, nie czujesz? Ja już jestem cały mokry, katar gwarantowany, albo i co gorszego!

– Nic ci nie będzie. Poczekajmy, zapalmy sobie, a potem możemy zejść i spróbować w ślepo, jak leci…

Po dobrej godzinie, kiedy słońce już niewątpliwie wzeszło, przy pochmurnym i mrocznym dniu okazało się, że udało nam się nazbierać dosyć dużo drewna, węgla, kamieni, kawałków jakichś kości, trochę czegoś, co wyglądało jak zasuszone łajno, i ani odrobiny bursztynu. Przelecieliśmy się kawałek po brzegu, na którym wczoraj leżał połyskujący drobiazg, a dziś nie leżało nic. Deszcz przestał padać, a za to wzmógł się wiatr i podniosła się fala, pobyt na plaży zaczął przypominać bardziej karę za ciężkie grzechy niż przyjemność.

Wróciliśmy do domu i mój słodki pieseczek przypomniał sobie o grymasach.

– W Zakopanem, a niechby i w Szczyrku, w taką pogodę można iść do knajpy, zagrać w brydża, a tu co? Zimno jak cholera i znów pada!

– Trzy lata temu wiedziałeś, co robić… – wyrwały mi się haniebne słowa.

– Starzeję się.

– Nieprawda. Ale możemy pojechać do Gdańska…

W Gdańsku, rzecz oczywista, zwiedziliśmy przede wszystkim sklepy z bursztynami i w jednym ujrzałam coś, od czego ścisnęło mnie w dołku. Dwumetrowy sznur maleńkich bursztynków, trzy milimetry sztuka, tak jasnych, że prawie zielonkawych, lśniących, czystych, wypolerowanych, migoczących, aż się w oczach mieniło. Oszalałam na ich tle, dziko i namiętnie zapragnęłam sama sobie zrobić coś takiego, tak jak w Bułgarii zrobiłam naszyjnik z maleńkich muszelek. Ten rozmiar spotykało się na każdym kroku, tylko jak to wypolerować i przedziurawić…?

Nagabnięty z silnym naciskiem właściciel tych skarbów pobłażliwie wyjawił mi tajemnicę.

– W zasadzie to są odpady. Zostają przy cięciu bursztynu, większej bryły, już po wypolerowaniu. A jeśli trzeba, poleruje się je w bębnie polerskim, inaczej niemożliwe. Dziurkowanie…? A nie, to nie problem…



13 из 300