
Jak dla kogo… Poza wszystkim, nie miałam pojęcia, co to jest i jak wygląda bęben polerski. Słodki piesek z rumieńcem na twarzy oglądał te większe, interesując się głównie cenami. Przy nas weszło do sklepu dwoje obcokrajowców i nabyli dwa wisiory, dwie broszki, bransoletę i pierścionek, wszystko oprawione w srebro. Babie oczy się świeciły nie gorzej niż nam i widać było, że chętnie by wykupiła pół sklepu.
– Była tu kiedyś, nie tak dawno, jedna Amerykanka – wyznał prawie już z nami zaprzyjaźniony właściciel. – Kupiła medalion, taki wisior w srebrze, z muchą, mała muszka na skraju bryły, doskonale widoczna. Po paru dniach znów przyszła i poprosiła, żeby jej tę muchę przenieść na środek, żeby było symetrycznie.
– Kretynka…! – wyrwało mi się ze wzgardliwym zgorszeniem.
– No właśnie. Dużo oni mają o tym pojęcia. Powiedziałem jej: „Proszę pani, ta mucha siedzi w tym miejscu już dwadzieścia milionów lat i na pewno nikt jej nigdzie nie przeniesie”. I dopiero wtedy nabrała do tych rzeczy szacunku…
– Zdaje się, że tylko Niemcy trochę się znają na bursztynie? – powiedział pytająco słodki piesek.
– A owszem. Nawet nieźle się znają. Potrafią wybierać najpiękniejsze okazy, przeważnie takie z muszkami, trawkami… I wywożą…
Słodki piesek jakoś przestał grymasić, za to wyrwał mnie ze snu nazajutrz o szóstej rano. Najwidoczniej zapłonął nagłą miłością do spacerów o świcie. Nie próbowaliśmy już zbierać po ciemku kamieni i suszonego łajna, bo nie było takiej potrzeby, deszcz nie padał, wiatr ucichł trochę i słońce oświetliło świat mniej więcej o czasie. Na brzegu gdzieniegdzie leżała odrobina czarnych śmietków, a między nimi z rzadka malutkie bursztynki.
– Jestem rozczarowany – oznajmił słodki piesek z niesmakiem. – Jako czerwonoskóry, stwierdzam, że jesteśmy tu pierwsi, przed nami nie było żywego ducha, chyba że się unosił w powietrzu. To gdzie ten duży bursztyn?
