Wysunęłam kąśliwą supozycję, że może pod Związkiem Radzieckim. Do granicy było stąd ładne parę kilometrów, nie chciało nam się lecieć taki kawał, wróciliśmy na szosę i podjechaliśmy na ów koniec świata, oglądany wcześniej. Stało tam parę domów i widać było drogę, wiodącą ku morzu.

Uparliśmy się dziko i wyjątkowo zgodnie. Po niewiarygodnych wertepach, po dziurach, wzgórkach i korzeniach zdołaliśmy przejechać tyle tej ślicznej trasy, że widać było wydmy. Dalej zabrakło nam odwagi, polecieliśmy piechotą, osiągając wreszcie port rybacki nad morzem.

Wszystko to razem, domki i porty, ten nad morzem i ten nad Zalewem, na mapie nosiło nazwę Nowa Karczma. Żadnej karczmy ludzkie oko tam nie widziało, od tamtejszych mieszkańców dowiedzieliśmy się, że miejscowość nazywa się Piaski. W morskim porcie znajdowała się placówka WOP-u, która zażądała od nas dowodów osobistych. W owych czasach dowód osobisty obywatel musiał nosić przy sobie nawet w dzikiej puszczy, mieliśmy je zatem, obejrzeli je i dali nam spokój. Mogliśmy iść na spacer.

Ruszyliśmy plażą na wschód, za plecami pozostawiając kilka łodzi, wyciągniętych na piasek, do granicy było stąd już tylko trzy i pół kilometra, przed nami, nad samą wodą, nie szedł nikt, dziewiczy teren i żadnego bursztynu! Siatkę graniczną było już widać i mój słodki piesek na nowo rozpoczynał kręcenie nosem i grymasy, tak jakbym to ja te rzeczy nieudolnie organizowała, kiedy nagle trafiliśmy znów na krótki pas jakichś czarnych śmieci, głównie drewna. I, o Boże, na samym początku tego pasa leżał bursztyn!

Niekoniecznie potworny, ale jednak miał rozmiary dużego orzecha laskowego albo małego młodego kartofelka. Słodki piesek dopadł go pierwszy i wzrok mu się dziko zaiskrzył, a oblicze okryło rumieńcem.

– Więc jednak…! – wykrzyknął z nieopanowaną chciwością.

Wyprzedziłam go czym prędzej.

– Nie będziesz leciał pierwszy! Ja też chcę takie! Tamten mój…!



15 из 300