
Ale i tak uzbierałam prawie dwa i pół kilo w ciągu tych dwóch dni. Kilogram dziennie!
– Tak co parę lat się przytrafia – powiedział Waldemar, płucząc prysznicem nad wanną swoje zdobycze, porcjami wsypywane do durszlaka. – Miała pani szczęście, bo bywa, że nic nie ma. W zeszłym roku nie było, dopiero na jesieni poszło.
– No i było troszeczkę wcześniej – przypomniałam mu delikatnie.
Łypnął na mnie okiem jakoś dziwnie i nie podjął tematu. Albo może podjął go pośrednio.
– Podobno jeden chłopak znów znalazł coś nadzwyczajnego. Nikomu tego nie chciał pokazać. Nawet nie wiem, który to, ale trochę się domyślam.
– Inni się też domyślają?
– Chyba tak, bo już wczoraj było gadanie. Wykryje się, prędzej-później…
– Tak jak wtedy…?
– Niech pani wypluje to słowo…
* * *
Spadła na mnie nagle retrospekcja. Stojąc nad wanną w tej łazience i gapiąc się na durszlak w ręku Waldemara, oczyma duszy ujrzałam wydarzenia sprzed lat.
Wtedy, czyli troszeczkę wcześniej, a dokładnie, jak udało mi się wyliczyć, przeszło siedemnaście lat temu, wszystko zaczęło się niewinnie.
Przyjechałam do Krynicy Morskiej, wylazłam na wydmę przy porcie, popatrzyłam i oko mi zbielało. Przez moment nie wierzyłam w to, co widzę. Mimo późnej jesieni dzień był piękny, słoneczny, niebo bez chmurki, a godzina południowa.
Wzdłuż plaży, przy samym brzegu, ciągnęła się długa, złocista, lśniąca w słońcu smuga.
Wiedziałam doskonale, co to jest, ale trudno mi było pogodzić się z tak przeraźliwym szczęściem. Bursztyn znałam w postaci gotowych wyrobów albo maleńkich okruszków, którymi w Sopocie udawało mi się po tygodniu napełnić pudełko zapałek. Taka rozszalała obfitość jak tutaj nawet mi do głowy nie przyszła. Gapiłam się w osłupieniu i prawie z biciem serca, trwając w bezruchu niczym słup i pasąc oczy widokiem, a smuga lśniła i błyszczała kusząco.
