Obok mnie stał mój ukochany słodki piesek, również wpatrzony w nią roziskrzonym wzrokiem.

– Oczom nie wierzę – powiedział z podziwem. – Najbardziej mnie zdumiewa fakt, że facet powiedział prawdę. Czekaj, gdzie lecisz?

Do smugi leciałam oczywiście, chciałam jej dotknąć, popatrzeć z bliska, upewnić się, że nie stanowi majaczenia. Prawdomówny facet w Sopocie, błąkający się po plaży z nogą w gipsie, obcy, ale spotykany ustawicznie i prawie z nami zaprzyjaźniony, pobłażliwie traktował owe drobiazgi, wtykane do pudełka po zapałkach, i mówił o zatoce i Mierzei, opowiadał, że tak naprawdę bursztyn pojawia się tu, a nie gdzie indziej, tu go morze wyrzuca i można znaleźć istne skarby, ale nie wierzyliśmy zbytnio w jego gadanie. Okazało się szczerą prawdą.

Słodki piesek poleciał za mną.

– W ogóle w bursztyn nie wierzyłeś – wytknęłam mu, schylona już nad tym lśniącym pasmem. – A on, popatrz, rzeczywiście jest, wbrew wszystkiemu.

Też się pochylił i przyjrzał.

– Iiii tam, taki bursztyn… Myślałem, że tu będą leżały te większe.

– Te większe pewno leżały nieco wcześniej. Ludzie tu latali, spójrz na ślady, całe stada. Te większe znalazł ten, co tu był pierwszy, o wschodzie słońca.

– Mam robić za Sokole Oko i Rączego Jelenia? Jeszcze może każesz mi zgadywać, które ślady są pod spodem, a które na wierzchu?

– Wielka mi sztuka… Ale akurat, moim zdaniem, nie ma to znaczenia. Wyjdziemy o wschodzie słońca…?

– Wariatka. To już wolę zanocować na plaży… O rany, patrz! Takiego w Sopocie nie było!

Jasne, że takiego jak ziarnko grochu w Sopocie nie było, to znaczy może i był, ale nie w godzinach południowych.

Pętanie się po plaży o wschodzie słońca nie zaliczało się do naszych ulubionych obyczajów, co zatem leżało tam o świcie, nie mogliśmy wiedzieć. Ponadto po sopockiej plaży latały znacznie większe stada i wydziobywane było wszystko, tu zaś ludzi chodziło o wiele mniej i raczej nie byli to turyści.



9 из 300