
Hardingowie mieli pieniądze, ale, jak stale powtarzali synowi, pieniądze te nie spadły im z nieba. Osiągnęli bogactwo dzięki temu, że odnosili się do wszystkich życzliwie, byli sympatyczni, a w interesach starali się przewidzieć kroki konkurencji. Status społeczny nie miał dla nich znaczenia – potrzebne im były pieniądze, które automatycznie budziły szacunek otoczenia. Miarą sukcesów zawodowych, według Hardinga seniora, była nie liczba spraw wygranych w Sądzie Najwyższym, ale liczba wygranych spraw w ogóle. Ponieważ zaś przy obronie bogatego klienta trzeba się było napracować tyle samo, co przy obronie biedaka
– wniosek sam się nasuwał. Takie nastawienie do życia, bez jakichś istotnych zmian przejął Harding junior. Dorastał w atmosferze konkurencji i starał się zawsze zwyciężać. W szkole był prymusem, mimo swych bardziej niż skromnych zdolności, ponieważ zawsze wiedział dokładnie czego się od niego oczekuje, jakie pytania będą w teście egzaminacyjnym i w ogóle był wspaniałym chłopcem.
Cieszył się popularnością nie tylko w szkole, ale i w kościele, i w klubie… i wśród dziewcząt. Najwcześniej ze wszystkich swych szkolnych kolegów utracił niewinność – miał zaledwie dwanaście lat. Ów niezwykły sukces automatycznie uczynił zeń w oczach chłopców bohatera, koleżanki zaś dopatrywały się w nim cech niebezpiecznego i tajemniczego uwodziciela. Osiągnięcie to, nawiasem mówiąc, nie było owocem nieokiełznanych uczuć. Był to rezultat typowego u Hardingów wyrachowania. Willie wyliczył, że u ładnych dziewcząt nie ma szans
