– Lydia! – powtórzył.

Kobieta odwróciła się powoli niczym olbrzymia piłka. Szeroki uśmiech rozjaśnił jej twarz. Zaczęła wycierać umączone dłonie w fartuch.

– Myślałam, że jest pan w salonie…

Kyle chciał odwzajemnić jej uśmiech, ale skrzywił się tylko żałośnie.

– Nie mogę już tam wytrzymać – wyjaśnił. – Wyjdę na chwilę.

Lydia pokiwała ze zrozumieniem głową.

– Dzwonili ze szpitala? – spytała.

Kyle skrzywił się jeszcze bardziej.

– Nie.

– Jedzie pan tam?

Przez chwilę walczył z sobą. Kucharka jakby czytała w jego myślach.

– Nie mogę – potrząsnął smutno głową. – Zaraz będzie tu Ryan Woods…

Lydia nie dawała jednak za wygraną:

– Pan Woods na pewno zrozumie. Przecież sam ma rodzinę. Co znaczą interesy, jeśli w grę wchodzi zdrowie dziecka…

Spuścił wzrok:

– Tam jest Rose – powiedział.

Miał nadzieję, że ta odpowiedź zadowoli starą służącą. Oczy Lydii pociemniały z gniewu. Przeżegnała się pobożnie, a następnie wzięła się pod boki.

– Ta kobieta to żadna matka! – huknęła. – To pan powinien zająć się panienką!

– Niestety, to Jej sąd powierzył opiekę nad Holly – westchnął Kyle. – Zresztą doktor Seivers prosił, żebym na razie nie pokazywał się w szpitalu.

Lydia nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nadęła pulchne policzki, odwróciła się w stronę dzieży i znów zaczęła z furią zagniatać ciasto.

– Co taki doktor wie o rodzinie – mruknęła do siebie, po czym przeszła na hiszpański.

Kyle wyłowił z potoku słów imię żony. Domyślił się, że Lydia ciska najgorsze meksykańskie przekleństwa. Stara kobieta słynęła z ostrego języka.

– Holly też nie chce mnie widzieć – dodał.

– To ta kobieta zatruła umysł panienki! To jej wina! Panienka jest zbyt młoda. Nie mogła tego sama wymyśleć.

Drobiny mąki zawirowały w powietrzu. Potok hiszpańszczyzny był tak szybki, że Kyle przestał rozróżniać nawet pojedyncze słowa.



4 из 149