
Próbowała wykonywać projekty na zlecenie, ale przy dwójce tak małych dzieci i braku jakiejkolwiek pomocy nawet to okazało się niemożliwe. Właściwie była szczęśliwa w małżeństwie z Seamusem, a jej synek i córeczka – para rozkosznych, pucołowatych cherubinków – wzbudzali ogólny zachwyt, ale czasami zazdrościła Dianie jej pozycji zawodowej w „dorosłym” świecie, jak to nazywała.
Natomiast Dianie życie sióstr wydawało się bardzo ustabilizowane. W wieku dwudziestu pięciu i dwudziestu ośmiu lat osiągnęły chyba to, czego chciały. Samanta czuła się swobodnie w sferach artystycznych, Gayle realizowała się w pełni jako żona lekarza. Diana jednak zawsze pragnęła czegoś więcej. Studiowała w Stanfordzie, ale trzeci rok zaliczyła w Paryżu, na Sorbonie. Wróciła tam potem jeszcze raz, po dyplomie. Wynajęła urocze mieszkanko przy rue de Grenelle, na lewym brzegu Sekwany i przez jakiś czas myślała poważnie o pozostaniu we Francji. Przepracowała półtora roku w redakcji „Paris-Matcha”, ale dłużej nie wytrzymała, bo stęskniła się za domem, rodziną i – o dziwo – siostrami! Gayle urodziła akurat trzecie dziecko, a Samanta spodziewała się pierwszego, więc Diana chciała w takiej chwili być przy nich.
Po powrocie jednak czuła się rozdarta wewnętrznie i przez pierwsze miesiące cierpiała męki, bo nie mogła się zdecydować, czy lepiej zostać w Stanach, czy wrócić do Francji. Może nie po winna była w ogóle stamtąd wyjeżdżać?
Jednak, mimo niewątpliwych zalet Paryża, także w Los Angeles można było wieść ciekawe życie. Udało się jej od razu otrzymać posadę starszego redaktora w piśmie „Todays Home”, które dopiero co weszło na rynek czytelniczy, a więc roztaczały się przed nią wspaniałe perspektywy.
