
Podczas gdy Robinsonowie wyżalali się Pilar, Michelle zdążyła ponownie zajść w ciążę, tym razem ze swoim mężem. Córeczka Lloyda miała już rok, ale sąd zabronił mu jej odwiedzać. Jako dawcy nie przysługiwało mu do tego prawo, poza tym sąd uznał, że mógłby wywierać nieodpowiedni wpływ na małą. Zrozpaczeni Robinsonowie zachowywali się tak, jakby ukradziono im ukochane dziecko. Nazwali ją imionami Jeanne-Marie, na pamiątkę matki Emily i Lloyda, choć Michelle nazywała ją całkiem inaczej. Pilar odniosła więc wrażenie, że Robinsonowie żyli w świecie marzeń.
– Czy nie prościej byłoby adoptować dziecko? – Nie mogła powstrzymać się od zadania tego pytania.
– Może i tak. – Emily zgodziła się z nią, ale zaraz ze smutkiem wyznała: – Bo, widzi pani mecenas, to ja nie mogę mieć dzieci!
Wypowiedziała te słowa takim tonem, jakby przyznała się do strasznej zbrodni. Pilar zrobiło się jej trochę żal, choć sprawa za interesowała ją jako ciekawy przypadek. Najbardziej rzucało się w oczy u tych ludzi nieodparte pragnienie posiadania dziecka.
– Jesteśmy za starzy, aby zakwalifikować się do adopcji – tłumaczyła Emily. – Mam czterdzieści jeden lat, a Lloyd prawie pięćdziesiąt. Ubiegaliśmy się już o to wcześniej, ale wtedy mieliśmy za niskie dochody. Lloyd po urazie kręgosłupa pozostawał przez dłuższy czas bez pracy. Teraz powodzi nam się lepiej. Sprzedaliśmy samochód i pracowaliśmy na dwóch etatach, żeby wystarczyło na zapłatę dla Michelle za urodzenie dziecka. Reszta oszczędności poszła na koszty sądowe i mało co nam zostało – wyznała szczerze.
Pilar jednak nie zważała na słabe możliwości finansowe klientki. Zaciekawiła ją sama sprawa, gdyż w aktach sądowych znajdował się odpis wywiadu środowiskowego zebranego przez miejscowego pracownika socjalnego. Zgodnie z tymi danymi Robinsonowie cieszyli się opinią porządnych ludzi, bez nałogów. Po prostu nie mogli mieć dzieci, a rozpaczliwie tego pragnęli. Pilar zaś wiedziała doskonale, że desperacja nieraz popycha ludzi do niedozwolonych czynów.
