
– Czy zadowoliłoby państwa prawo do kontaktów z dzieckiem?
Emily westchnęła i kiwnęła głową.
– Jeśli to wszystko, na co moglibyśmy liczyć, to oczywiście tak. Ale to niesprawiedliwe! Michelle zrzekła się dwojga dzieci, kiedy sama jeszcze była prawie dzieckiem. Teraz ma już następne ze swoim mężem, więc po co jej jeszcze córka Lloyda?
– To także jej córka – przypomniała delikatnie Pilar.
– A więc pani mecenas uważa, że jedyne, co możemy uzyskać, to prawo do jej odwiedzania? – podsumował Lloyd, a Pilar udzieliła odpowiedzi dopiero po pewnym namyśle.
– Całkiem możliwe. Biorąc pod uwagę ostatnie orzeczenie sądu, to byłby i tak postęp. Gdyby Michelle nie wywiązywała się należycie z obowiązków macierzyńskich albo jej mąż popadł w konflikt z prawem, mogłaby pani wystąpić o przyznanie prawa do opieki nad dzieckiem, ale nie mogę tego obiecać. Zresztą nawet w najlepszym razie musiałaby pani na to długo czekać, może całe lata… – Zawsze starała się być szczera wobec klientów.
– A ten adwokat, u którego przedtem byliśmy, gwarantował nam, że odzyskamy Jeanne-Marie w ciągu pół roku! – wybuchnęła Emily.
Pilar nie chciała już jej przypominać, że odzyskanie w żadnym wypadku nie może wchodzić w grę, gdyż nigdy nie mieli dziecka u siebie. – W takim razie wydaje mi się, że nie postępował z wami uczciwie.
Im się chyba też tak wydawało, w przeciwnym razie nadal korzystaliby z jego usług. Przytaknęli i powtórnie spojrzeli po sobie zdesperowanym wzrokiem. Determinacja i rozpacz widoczna była u nich gołym okiem.
Pilar i Brad mieli znajomych, którzy również za wszelką cenę chcieli mieć dzieci. Zjeździli nawet Honduras, Koreę, Rumunię w poszukiwaniu maluchów do adopcji, ale żadne z nich nie po pełniło takiego głupstwa jak Robinsonowie, którzy podjęli ryzyko i przegrali, o czym dobrze wiedzieli.
