
Nie miała jednak wątpliwości, że wszystko pójdzie jak z płatka, bo matka panowała nad sytuacją. I rzeczywiście, jak dotąd, wszystko na to wskazywało. Siostry w sukniach z brzoskwiniowego jedwabiu, z dobranymi do nich bukietami brzoskwiniowych róż, prezentowały się nadzwyczaj wytwornie, podobnie jak ich małe córeczki, w białych sukienkach przepasanych brzoskwiniowymi szarfami, trzymające koszyczki z płatkami róż. Po jechały do kościoła razem z babcią i matkami, a Diana miała jeszcze kilka chwil, żeby pogadać z ojcem.
– Wyglądasz naprawdę cudownie, kochanie! – Aż piał z za chwytu. Zawsze był z niej dumny, a przy tym tak życzliwy, szczery i wyrozumiały! Nie, Diana nie miała powodów do narzekania na rodziców. Nawet z trudnego okresu dorastania nie pamiętała żadnych niedomówień, pretensji czy nadmiernych wymagań. Natomiast między Gayle a matką częściej dochodziło do ostrej wymiany zdań. Sama tłumaczyła to później tym, że jako najstarsza musiała najpierw „wychować sobie” rodziców. Z kolei Samanta w zasadzie podzielała pozytywną opinię Diany o „starych”, ale miała z nimi przeprawę, gdyż nie byli zachwyceni perspektywą jej ślubu z artystą. W końcu sami jednak zaczęli go darzyć podziwem i szacunkiem, bo Seamus był wprawdzie oryginałem, ale trudno było go nie lubić.
Natomiast w stosunku do osoby Andrew Douglasa rodzice nie zgłaszali żadnych obiekcji. Od razu uznali, że to uroczy człowiek i nie mieli wątpliwości, że Diana będzie z nim szczęśliwa.
– Masz tremę, co? – podpytywał dyskretnie ojciec, kiedy zaczęła nerwowo przechadzać się po salonie na chwilę przed wyjściem z domu. Zostało jeszcze trochę czasu, ale wolałaby, żeby już było po wszystkim. Chciała znaleźć się już w Bel Air albo na pokładzie samolotu lecącego do Paryża.
