
Ten zapach, te słowa i widok ojca powracały do niej tygodniami w koszmarnych snach, kiedy starała się przypomnieć sobie, jak wyglądał, zanim znalazł się w trumnie, nim jego postać w jej pamięci zamieniła się w proch.
Pamiętała, jak bardzo wstrząsnął nią tamten obraz. Pamiętała fałdy pomarszczonej folii pod ubraniem, obandażowane ręce, które wyglądały jak ręce mumii, ułożone prosto wzdłuż boków.
Pamiętała, że zaniepokoiła się pęcherzem na policzku ojca.
– To cię boli, tatusiu? – spytała szeptem.
Poczekała, aż jej matka i pozostali żałobnicy odwrócą wzrok. Wtedy zebrała całą swoją dziecięcą odwagę i siłę i dotknęła krawędzi gładkiego, lśniącego drewna i satynowego posłania. Potem palcami odgarnęła ojcu włosy z czoła, udając, że jego skóra nie przypomina w dotyku sztucznego tworzywa i nie zauważając okropnej szramy na czaszce, zupełnie jak u Frankensteina. Potwornie się bała, ale musiała poprawić mu włosy. Musiała je zaczesać, tak jak lubił, tak jak go pamiętała. Chciała zachować go w pamięci takiego, jakiego znała. To drobiazg, głupstwo, ale dzięki temu poczuła się lepiej.
Teraz, spoglądając na spokojną, poszarzałą twarz Delaneya, Maggie wiedziała, że musi zrobić wszystko, co tylko się da, żeby pewne dwie małe dziewczynki nie przeżyły szoku, patrząc po raz ostatni w twarz swojego ojca.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Suffolk, Massachusetts
Eric Pratt przyglądał się dwu mężczyznom, zastanawiając się, który z nich go zabije. Siedzieli naprzeciw niego, tak blisko, że niemal dotykali go kolanami. Tak blisko, że bez trudu zauważył, jak starszy z nich zaciska szczękę, gdy przestaje żuć. Żuł miętową gumę. Z całą pewnością wbijał zęby w mocno miętową gumę. I zgrzytał zębami.
Żaden z nich nie wyglądał na Szatana.
