
Zmartwiałem - uczestniczyłem w dostatecznej ilości bójek, by wiedzieć, że za chwilę zada śmiertelny cios. A ja nie zdążę dobiec, żeby obronić człowieka, który - dopiero teraz sobie to uświadomiłem - stał mi się bliski niczym ktoś z rodziny. Rodziny, której nigdy nie miałem… Z gardłowym okrzykiem rzuciłem się naprzód, przedzierając się przez zastygłe w pękniętym czasie sekundy. Pędziłem, modląc się o cud. I cud się wydarzył.
- Na pomoc! - krzyczał profesor, łamiąc łyżką do opon uzbrojoną w nóż rękę napastnika. O ułamek sekundy wcześniej, nim trafiło go połyskujące matowo ostrze. - Ratunku! Ratunku! - jodłował, uderzając z rozmachem w tułów nożownika.
Po chwili, nadal wzywając pomocy, trzasnął przeciwnika w goleń. Dobiegłem do Davidoffa, pociągnąłem gwałtownie za rękę.
- Wystarczy, profesorze! - warknąłem. - Jeśli mu pan złamie kręgosłup w trzech miejscach, nikt nie uwierzy, że to była samoobrona…
Szarpnął się wściekle, spróbował wyrwać. Uderzyłem go suntetsu w biceps, paraliżując ramię. Łyżka do opon upadła na ziemię z metalicznym brzękiem. Od strony uniwersytetu zaczęli nadbiegać zwabieni hałasem ludzie.
- Niech pan ich tu zawoła - syknąłem. - Ja zajmę się dziewczyną.
Pomogłem wstać podnoszącej się nieporadnie kobiecie. Miała poszarpaną bluzkę, siniaki na szyi i małą rankę pod uchem. Za moimi plecami Davidoff wydawał polecenia pracownikom ochrony, którzy zjawili się na parkingu. Najwyraźniej ochłonął. Ja nie. Kiedy upewniłem się, że dziewczynie nic nie jest, posadziłem ją na masce najbliższego samochodu. Zajęli się nią inni, a ja podszedłem do Davidoffa i odwołałem go dyskretnie na bok.
