- Jutro wpadnę do pana po dziesiątej - poinformowałem zimno. - Termin panu odpowiada?

Bez słowa skinął głową, mierząc mnie zdumionym spojrzeniem. Bezwiednie rozcierał ramię. Odszedłem bez pożegnania, starając się opanować drżenie rąk. „Dystans i jeszcze raz dystans” - jak mawiał wujek Maks. Oto czego mi trzeba. Niestety, wyglądało na to, że jest nieco za późno.

* * *

Nie zdziwiłem się specjalnie, widząc rektora w gabinecie Davidoffa. Wiedziałem, że są przyjaciółmi. Jednak kiedy się przywitałem, rektor skierował rozmowę na temat zajścia na parkingu. Ni mniej, ni więcej, a zaczął mi dziękować za uratowanie Davidoffa i studentki…

- Ależ panie profesorze - zaprotestowałem słabo. - Ja tylko…

- Mogę pana zapewnić, że wszystko, czego się dowiedziałem, zostanie między nami - przerwał mi z wyraźnym wzruszeniem. - Nie przewiduję też żadnych kłopotów… prawnych. Co prawda ten bandzior ma klatkę piersiową wgniecioną jak karton po margarynie, ale kto by go tam żałował. Działał pan ewidentnie w obronie studentki i swojego promotora.

Zgrzytnąłem zębami i spojrzałem wściekle na Davidoffa. Ten siedział za biurkiem z niewinną miną i obracał w palcach cygaro. Powody, dla których zrobił ze mnie supermana, były oczywiste. Zadzwoniłem do szpitala, gdzie wylądował nasz miły chłoptaś z nożem. Facet był w takim stanie, jakby przejechał po nim buldożer. Kilka razy. Obrażeń było trochę za dużo jak na spanikowanego starszego pana działającego w obronie własnej. Podzielone przez dwa wyglądały już dużo lepiej.

- Doktor Korpacki nie jest ze mnie zadowolony - westchnął Davidoff obłudnie. - Nic dziwnego, mówiąc o pewnych sprawach, zbliżyłem się do granicy, której nie wolno mi przekroczyć.



29 из 278