
- Ale jest taki jeden, u którego ty wskórasz więcej niż ja, poza tym trzeba jechać na prowincję… - zawiesił głos.
Gilbert obsesyjnie nie cierpiał wsi.
- Co to znaczy, że ja wskóram więcej?
- To wieśniak - stwierdził, jakby to wszystko wyjaśniało. - Taki prawdziwy macho z nadmierną skłonnością do sięgania po kłonicę. - Wzdrygnął się wyraźnie. - A ty, kiedy zmarszczysz brwi, wyglądasz, jakbyś chciał złożyć propozycję nie do odrzucenia: platoo plomo, srebro czy ołów? - zakończył, uśmiechając się złośliwie.
- Też coś! - warknąłem naprawdę urażony. - Zazdrościsz mi, stary dziadzie, aparycji intelektualisty.
- Noo… coś w tym jest. W tej aparycji. Nie wyglądasz jak zwykły cyngiel. Raczej niczym morderca z pretensjami. Taki, co to zabije albo obedrze ze skóry, a potem pójdzie do opery słuchać Traviaty.
Machnąłem ręką i przestałem słuchać Gilberta. Kiedy zacznie upajać się własnym głosem, to trudno mu skończyć. Podszedłem do jednego z regałów i delikatnie przesunąłem opuszkami palców po grzbietach książek. Odetchnąłem delikatnym zapachem marokinu. Dawniej nie oszczędzano na okładkach. Uniosłem lekko brwi, widząc nowy nabytek: Compound of Alchymy Ripleya, wydanie z 1591 roku. Lubiłem stare książki. Wpadałem w zadumę, zastanawiając się nad dłońmi, które ich przez wieki dotykały, oglądając ilustracje, napawając się kunsztownymi złoceniami. Każdy wolumin był dla mnie otoczony specyficzną aurą. Alchemiczne dzieła promieniowały pewną nerwowością, napięciem. I nic dziwnego, wiele zawartych w nich instrukcji było mocno ryzykownych w realizacji. Często półproduktem okazywały się substancje niebezpieczne, jak choćby piorunian rtęci.
