
Niechętnie oderwałem się od podziwiania zbiorów i poprosiłem mojego przyjaciela o adres. Jak się okazało, wieśniak-alchemik mieszkał niedaleko Krakowa. Mogłem tam bez problemu dojechać w najbliższy weekend, ale tymczasem postanowiłem odwiedzić Annę. Na odwrocie fotografii, którą zostawiła w moim albumie, znalazłem namiary i odręczny szkic przedstawiający dojazd do jej domu. Wyglądało na to, że ulokowała się w niewielkiej willi na przedmieściach. Miałem zamiar wysondować jej… intencje. Bardzo ostrożnie wysondować. Co prawda zdjęcie było dość jednoznaczne w wymowie, ale jakoś mi do niej nie pasowało. Czyżby podrzucając je, zamierzała mnie pocieszyć, oderwać od ponurych myśli? To była ciekawa teoria, dużo ciekawsza od prostego zaproszenia do łóżka. Skąd moja ostrożność? Cóż… Wolałbym, aby Anna nie potraktowała przytulenia czy pogłaskania po pupie jako agresji z mojej strony. Nie ulegało wątpliwości, że Specnaz nauczył ją, jak sobie radzić w takich sytuacjach, zapewne w sposób ostateczny… Nie chciałem skończyć po pierwszej randce ze zmiażdżoną krtanią i przetrąconym kręgosłupem.
Pożegnałem się krótko z Gilbertem i obiecałem w ciągu kilku dni zdać relację ze spotkania z żyjącym na łonie natury alchemikiem. Jadąc do Anny, zatrzymałem się przy niewielkiej kwiaciarni i kupiłem tuzin herbacianych róż. W języku kwiatów żółta róża oznacza: „Podobasz mi się, spotkajmy się jak najprędzej”. Ta opcja wydała mi się chwilowo najbezpieczniejsza.
Wysiadłem przed ogrodzoną wysokim na dwa metry murem posiadłością. Masywna, żelazna brama zwieńczona ostrymi prętami nie zachęcała do wejścia. Wdusiłem przycisk elektrycznego dzwonka i poczekałem cierpliwie kilka chwil. Wreszcie rozległ się odgłos otwieranego zamka magnetycznego. Mimo iż podejrzewałem, że cały teren jest naszpikowany elektroniką, szedłem powoli, nie zbaczając ani na cal z wyłożonej cegłą klinkierową ścieżki.
