– Praporszczyk Lewart, piąta kompania trzeciego batalionu sto osiemdziesiątego pułku…

– Kojarzę – przerwał dyżurny. Ziewnął, aż zatrzeszczała żuchwa, spojrzał na zegarek.

– Wcześnie jesteście – stwierdził. – To dobrze. Towarzysz major jest punktualny i od innych wymaga punktualności. Gdybyście się spóźnili, eskorta miałaby przesrane, a i wy… Zaraz, zaraz, a gdzie w ogóle jest wasza eskorta, praporszczyk? To oni powinni mi zameldować o dostawieniu, nie wy. Gdzie oni są? Sami przyszliście czy jak?

– Ci z eskorty – wzruszył ramionami Lewart – zaraz za szpitalem wyrzucili mnie z uaza. I odjechali, kazawszy stawić się tu samemu. Uprzedzili, że za spóźnienie lub, uchowaj Bóg, niestawiennictwo…

– Skopią dupę i wybiją zęby – dokończył sierżant, kiwając głową. – Ech, rozbezczelniło się towarzystwo, nic już im się nie chce, tylko lewizna, kurwy i wóda. Swoją drogą dobrze, żeś ich posłuchał, bratan. Oni na wiatr nie obiecują. Skopaliby ci dupę nieodwołalnie.

Lewart zlekceważył swobodne przejście na ty. Zawodowi sierżanci zwykle mieli się za ważniejszych od chorążych i z trudem dawali się zmuszać do respektowania rangi. Ten zaś sierżant był na dodatek podoficerem wydziału specjalnego, bawiącym się w dyskurs z kimś, kto, któż to wie, może za chwilę opuścić budynek jako aresztant.



16 из 214