
– Dobry to zresztą znak – sierżant jakby czytał w jego myślach. – Dla ciebie, znaczy się. Byłyby na ciebie jakieś sieriozne haki, samopas by nie puścili, skuty byś tu przyjechał. A tak, zwyczajne przesłuchanie, nic więcej. Tak ty, bratan, nie denerwuj się. Siądź, o, tam na krześle. Pierwszy raz trafiłeś do osobistów?
Lewart zrobił dwuznaczny grymas. Osobistów, personel wydziałów specjalnych, otdiełow osobowo naznaczenija kontrwywiadu i KGB, przyszło mu już cierpieć, jak wszystkim w Afganistanie, głównie podczas rewizji, w żargonie zwanych „szmonami”, mających na celu wykrycie wojennych zdobyczy, cennych trofeów, przedmiotów pożądania, wymiany i handlu, niekiedy na zastraszająco wielką skalę. Szło głównie o walutę, o dolary, jak też heroinę i haszysz, ale także o przedmioty zachodniego luksusu, których posiadanie traktowane było przez służby specjalne nie tyle jako dowód uprawianego łupiestwa, ale – słusznie zresztą – jako mogące wstrząsnąć posadami socjalistyczno-internacjonalistycznej świadomości wojska.
Oficerowie liniowi zwykle wyłączani byli z upokarzającego procederu bebeszenia rzeczy personalnych, ale praporszczyków nie oszczędzano. Jemu samemu przyszło już kiedyś gęsto tłumaczyć się z długopisu Parker, własnego zresztą, przywiezionego z cywila. Prezentu od dziewczyny, pracującej w biurze „Inturistu” na Sadowej.
– Pierwszy raz – dyżurny zniżył głos – a od razu do majora, na sam szczyt dywizyjnego szczebla. Wysoko, bratan, wysoko. Słyszałeś, co o nim mówią? O Kulawym Sawieliewie?
