Lewart potwierdził. Bo słyszał. Każdy słyszał. O Igorze Sawieliewie, Kulawym Majorze od osobistów, w dywizji krążyły legendy. Znał wszystkie. Albo prawie wszystkie.

Jedna plotka rodziła drugą, druga następną, jeszcze mniej prawdopodobną niż dwie poprzednie. Lewart po raz pierwszy usłyszał o majorze podczas szkolenia, na przedafgańskiej szkółce w Aszchabadzie. Obecny szef osobowo otdieła sto ósmej dywizji zmotoryzowanej, opowiedział kursantom któryś z dobrze poinformowanych podoficerów, był przedtem „kaskaderem”, służył w Kaskadzie, elitarnej jednostce specnazu, która w grudniu 1979 zdobyła pałac prezydencki Hafizullaha Amina w Kabulu, samego zaś Amina i całą jego gwardię rozwaliła granatami. To odłamek jednego z rzuconych wówczas granatów, upierał się sierżant, gdy wątpiono w prawdziwość jego enuncjacji, przyprawił majora o widoczne kalectwo. Cóż, jedni wierzyli, inni nie, a legenda, wzbogacana plotką o smakowite detale, trwała. I przetrwała do dnia, w którym została podważona przez inną, podobnie legendarną. Nową plotkę rozpuścili, o dziwo, nie ludzie radzieccy, lecz Afgańczycy z 12. dywizji armii DRA. Lewart miał już wtedy za sobą afgański chrzest bojowy, pod Gardezem sto ósma okrążała duszmanów we współdziałaniu z askerami z dwunastej. Poufałość i nazbyt zażyłe kontakty z Zielonymi nie były ani w modzie, ani dobrze widziane, ale od gadki nie uciekniesz, a plotki to plotki, mają to do siebie, że się rozchodzą. I rozeszło się, że Sawieliew, czekista i szkolony szpion, był w Afganistanie na długo, długo przed atakiem na pałac Amina i wkroczeniem 40.



18 из 214