
– Nawet na wojnie… – Wańka Żygunow, ten, który pytał, charknął przeciągle, splunął daleko przed siebie. – Nawet na wojnie nie masz wytchnienia od zasranych mentów. Jak tam, na grażdance, gdzie za każdym rogiem ment albo szpik, wszędzie, na ulicy, na podwórzu, na klatce schodowej i w kiblu. Wychodzi, w armii nie słodziej, czy to na kompanii, czy w okopie, czy w marszu, wszędzie za plecami masz menta albo kagiebistę. Zupełnie jak w domu. Dobrze mówię, Matiucha?
– Dobrze mówisz, Wań, nie zaprzeczyć – potwierdził starszy praporszczyk Matwiej Filimonowicz Czuryło, najstarszy w towarzystwie stopniem i afgańskim stażem, przez przyjaciół zdrobniale zwany Matiuchą. Był to wielki chłop o sympatycznej twarzy dziecka. Bardzo dużego, bardzo mordatego i bardzo krótko ostrzyżonego dziecka.
– Nie zaprzeczyć, Wań. Ale takie życie, czemuż to miałaby się różnić od grażdanki nasza armia robotniczo-chłopska? Czemu miałoby tu, za rzeczką, być inaczej niż na naszej Rusi? Takie życie. Co robić? Tylko zęby ścisnąć i ścierpieć.
Siedzieli przed modułem, służącym im tymczasowo za kwaterę, kryjąc się w cieniu przed afgańskim słońcem. Które zresztą tu, w Bagramie, było dużo mniej dokuczliwe niż tam, w górach i na przełęczach, nie paliło i nie wysuszało tak, jak na marszrutach, na pancerzach beteerów. Tu, w Bagramie, mniej gnębił kurz i wicher. A fakt, że nie groziła mina, fugas czy kula snajpera, też znacząco wpływał na błogie poczucie komfortu.
W zgromadzeniu, oprócz Lewarta i Wałuna, uczestniczyło jeszcze czterech podoficerów ze sto ósmej MSD.
