Wspomniany już Matwiej Czuryło, Sybirak spod Omska. Sierżant Iwan Żygunow, krajan Lewarta z Pitra, w cywilu obibok na utrzymaniu już to staruszki matki, już to organów ścigania. Starszyna Marat Rustamow ze Stiepanakertu, z czarnym wąsem á la Czapajew, modną ostatnio wśród podoficerów, a tolerowaną przez dowództwo ozdobą fizjonomii, sygnalizującą zarazem imponująco długi wojenny staż nosiciela. I młodszy sierżant Sania Gubar, wiekiem też najmłodszy, dwudziestodwuletni Białorusin z Orszy.

Wszystkich – oprócz ponadrocznego okresu służby „za rzeczką”, czyli za Amu-darią, w Afganistanie – łączyło obecnie jedno: wymuszone oczekiwanie na nowy przydział. Powody były różne, nikt ich nie dociekał, tym bardziej że raczej nie wychodziły poza standard. Zwykle były to konflikty podoficerów z oficerami. Konflikty o przeróżnym tle i zróżnicowanym natężeniu. Prawda, rzadko takie, za które groził disbat lub kryminał. I raczej rzadko kończące się tym, czym skończyły się dla starleja Kirylenki.

– A do mnie doszło – oznajmił Marat Rustamow, zapalając kolejnego papierosa – że Kulawy Sawieliew w największym podejrzeniu ma Aloszę Panina. Słuchy chodzą, że to właśnie Panin wtedy starleja zamoczył. Kropnął go, by bratanów ratować, bo ich starlej wiódł na zatracenie. Co wy na to, Charitonow, Lewart? Byliście na „Newie”…

– Byliśmy – uprzedził Lewarta Wałun. – I to wam powiemy: jeśli Sawieliew Panina podejrzewa, to dziwnie jakoś się ta rzecz objawia. Aleksiejowi Paninowi za tamten bój na zastawie Czerwoną Gwiazdę dali. I zostawili go w batalionie. On jeden na starym przydziale został, choć mu do dembela wcale nie dalej niźli mnie, dla przykładu.



28 из 214