
– Ja – oświadczył Matiucha – nie wierzę, by to Alosza Panin do starleja strzelał. Znam go, on nie z takich. A co do podejrzeń, cóż, niezbadane są wyroki i nie od dzisiaj niepojęte są tajemne drogi czekistów.
– Amen – podsumował Żygunow. – Ale Sawieliew, baczcie moje słowa, nie odpuści. Jeśli zabójca Kirylenki tamten bój przeżył, Kulawy Major go dostanie. Nie daruje.
– Nie darują i chadowcy – dorzucił Sania Gubar. – Niesie wieść, że na głowach stają, by dorwać tych Zielonych z „Newy”, co zdradzili, tych z afgańskiego posterunku. Ale szanse to KHAD ma małe. Tamci są już w górach, u duchów, szukaj wiatru w polu.
– A ja zawsze mówiłem – przypomniał Rustamow – że dawanie Zielonym broni to ciężka głupota. Nie dość, że sprzęt marnotrawisz, to jeszcze sobie na szkodę robisz. Ty mu dziś z magazynu nowiuśki akaem wyfasujesz, a on jutro z tym akaemem w góry. A pojutrze pali z niego do ciebie z zasadzki. Zdrajcy wszystko, brudasy, utajone mudżahedy.
– Może nie wszyscy. – Wałun spojrzał nań z ukosa. – Może nie wszyscy oni tacy. Na posterunku, o którym mowa, tym przy naszej zastawie, było dwunastu, którzy nie zdradzili. Równo tylu potem naliczono.
– Słyszałem – Gubar wykrzywił się paskudnie – że wszystkich dwunastu załatwili fachowo. Wycior w ucho, na śpiku. Bo jak śpiącemu nożem rżniesz gardło, zdąży nieraz skrzeknąć, innych zaalarmować. A wyciorem przez ucho dźgniesz, ani piśnie.
