
– Regularne wojsko – przerwał Rustamow – na śpiku zaskoczyć się daje i jak świnie wykluć? Łajzy, nie wojsko. A wyciorami kłuli ich właśni koledzy, właśni koledzy basmaczy na posterunek wpuścili. Na moje więc i tak wychodzi: zdrajcy to są. Baczcie moje słowa. Ufać im naiwność, uzbrajać głupota.
– Tyle – rzekł w zadumie Matiucha – że to w końcu ich jest, kurwa, kraj. Afganistan, znaczy.
– Ano, ich – mruknął, rozejrzawszy się wpierw, Wałun. – Nie nasz. I czy się aby w tym właśnie miejscu wszystkie problemy nie schodzą?
– Tobie może się schodzą. – Gubar też się rozejrzał. – A może i nie tylko tobie. Ale zampolitowi naszemu na pewno nie. U niego internacjonalizm, internacjonalistyczny obowiązek, internacjonalistyczny dług. Raz my rachowali, ile razy on na godzinę tego słowa użyje. Po trzydziestu przestaliśmy liczyć… Ale czy ty mnie, Charitonow, nie podpuszczasz czasem? Dopiero co była o donosach mowa…
– Oj, bratan – przerwał Wałun, mrużąc oczy. – Widzi mi się, w mordę chcesz dostać.
– Dobra, dobra… – Białorusin uniósł ręce. – Nic nie mówiłem. Nie było razgowora.
– Był – zaprzeczył łagodnie Matiucha. – Ale cichy i w swoim gronie. Prawda, praporszczyk Lewart? Twojego zdania w omawianej kwestii jakoś nie usłyszeliśmy. A masz je niezawodnie.
– Ja jestem żołnierz – wzruszył ramionami Lewart. – Słucham rozkazów. Robię to, co rozkażą. Co ojczyzna kazała.
– Możeś nie zauważył – powiedział po chwili ciszy Rustamow – tedy przypomnę. Już nie jesteś na przesłuchaniu w KGB.
