
– Mam. Bo co? Co to jest?
– Nie wiem. Może skarby, a może śmieci. Listy ze znaczkami.
– Co?
– Listy ze znaczkami, mówię przecież. Jedna facetka wyrzuciła, a ja zabrałam.
– Jak to? Cała walizka…?!
– No właśnie. Trzeba to zawieźć do domu, a ona się rozlatuje. Obwiązałam smyczą, spróbuj jeszcze sznurkiem.
Zdumiony i zaskoczony Pawełek wygrzebał z kieszeni zwój sznura. Trochę go było za mało, żeby rozpadającą się walizkę przekształcić w pakunek łatwy do niesienia. Można ją było transportować tylko w dwie osoby, niosąc poziomo. Przez chwilę rozważali możliwość jazdy taksówką.
– Drogo – zauważył ostrzegawczo Pawełek.
– Dziadek by zapłacił – odparła trochę niepewnie Janeczka.
Dziadek zapłaciłby niewątpliwie z wielką radością. Dziadek zbierał znaczki przez całe życie, był ekspertem filatelistycznym, zaraził tym szlachetnym maniactwem najpierw Rafała, a potem ich obydwoje. Szacunek dla znaczków i wiedzę o nich mieli wpojone bez mała od urodzenia, a zbierać dla siebie zaczęli w ubiegłym roku. Dla walizki pełnej kopert dziadek zapłaciłby chętnie nawet za dwie taksówki, ale w jakiś niejasny sposób wydawało im się, że wówczas powinno się oddać mu to do przeglądania. Tymczasem chcieli sami. Było to coś odkrywczego, jakby penetracja terenów, na których jeszcze nie stanęła ludzka stopa. Oczywiście pokazaliby to potem i dziadkowi, i Rafałowi, ale najpierw chcieli sami… Zrezygnowali z taksówki.
– No więc dobrze mówiłem, on mieszka tam, na Sieleckiej – zaczął Pawełek już w autobusie, kiedy udało im się wsiąść w 172 razem z niewygodnym bagażem i psem. – Akurat niedaleko Stefka…
– Jakiego Stefka? – przerwała Janeczka, opierając na brzuchu swoją połowę ciężaru.
– Mojego kumpla. I jego starszy brat chodzi razem z tym Czesiem do szkoły, do jednej klasy. Jutro dowiem się o nim wszystkiego.
– A po co pojechał na miasto?
