
– Rozumiesz, on, ten Zbinio, brat Stefka, on ma na imię Zbyszek, ale nazywają go Zbinio, więc on zbiera breloczki – z zapałem opowiadał Pawełek siostrze już po kolacji. – Słuchaj, nie wyobrażasz sobie, jaką on ma kolekcję! To jest po prostu coś niemożliwego! Jeden ma od więźnia ze Związku Radzieckiego, oni tam podobno robią to ręcznie, fucha taka, sprzedają za różne rzeczy, jeden bułgarski, latarnia ze światełkiem w środku, wszystkie możliwe reklamówki, wiesz, od firm samochodowych i tych od benzyny, takie z latarkami, takie piszczące, na baterie, z różnych krajów, no mówię ci, rakieta! Tydzień można oglądać! Trzęsie się o to jak o śmierdzące jajka, do ręki brać nie pozwala, kota ma kompletnego, co ja mówię, stado kotów! I tak naprawdę zgodził się ze mną gadać dopiero, jak mu obiecałem algierski. Algierskiego nie ma. Niech teraz ojciec robi co chce, ale musi nam przysłać!
Słuchająca uważnie Janeczka kiwnęła głową.
– Trzeba mu napisać, żeby przysłał co najmniej dwa.
– A pewnie. Dwa albo trzy. Co prawda, nie wiem skąd weźmie, bo jakoś breloczki mi tam w oko nie wpadły, ale nie uwierzę, że nie mają!
– Mają – zapewniła Janeczka. – Widziałam na własne oczy.
– Gdzie?
– W tym kabylskim sklepie w Oranie, tam gdzie matka miała zrujnować ojca. Tam są same najdroższe rzeczy, ale na jeden breloczek może mu wystarczy pieniędzy. A na straganach, jestem pewna, też były. Może zresztą kupić cokolwiek miedzianego, przyczepić do kółka i powiedzieć, że to breloczek.
– Nawet sarni możemy przyczepić – zgodził się entuzjastycznie Pawełek. – Słusznie, pierwszorzędny pomysł, niech przyśle parę takich śmieci, żebym ja miał do tego Zbinia podejście. Chciwy strasznie…
– Ale ja też to chcę zobaczyć! – przerwała stanowczo Janeczka. – Pójdę tam z tobą, jak już będziemy mieli coś od ojca. I też jakiś przyniosę. I nie dam mu wcześniej, tylko dopiero po obejrzeniu wszystkiego.
