
– Chyba nie ma wolnego miejsca – zauważył Skórzewski.
– Spokojnie, zaraz będzie.
Po chwili, faktycznie, zaczęło robić się luźniej, a po następnych kilku minutach połowa izby opustoszała. Siedli przy zwolnionym stoliku. Podeszła kelnerka i podała kartę. Armauer zamówił gulasz z renifera i zupę rybną. Dziewczyna pospiesznie zniknęła.
– Dlaczego tak nagle wyszli? – zaciekawił się Polak.
Hansen uśmiechnął się szeroko.
– Zgadnij.
Paweł przez dłuższą chwilę się zastanawiał, a potem wzruszył ramionami.
– Oczywiście dlatego, że uważają nas za nieczystych, uciekają od nas jak od chorych, zakażonych zwierząt – wyjaśnił doktor Hansen beztrosko. – Zresztą, nie ma co się dziwić.
– Właściciel restauracji nie wezwie na pomoc kilku sąsiadów i nie wyrzuci nas?
– Nie. Ja jestem właścicielem. To jedyne miejsce w Bergen, gdzie mogę spokojnie zjeść. Z innych restauracji i tawern faktycznie by mnie natychmiast wyproszono. Nie ma to jak zła sława – westchnął.
– W leczeniu nie uzyskaliście dotąd poważniejszych efektów… – Paweł powrócił do nurtujących go pytań.
– Preparat chininowo-arszenikowy nie poskutkował, ale to nie znaczy, że nie zadziała ten następny. Opracowałem nową recepturę. Na bazie rtęci. Skład chemiczny trochę podobny do tego środka, którym leczy się syfilis…
– To bardzo rujnuje organizm…
Kelnerka przyniosła dwa kieliszki anyżówki i małe paszteciki na przystawkę. Stuknęli się nad stołem i wypili. Zagryźli pasztecikami.
– Doktor Artur Mouritz z kolonii dla trędowatych w Moloukai usiłował nacierać chorych preparatem z galaretki aloesowej i kodeiny. Uzyskał znaczącą poprawę stanu ran. – Hansen podjął przerwaną rozmowę.
– Może warto spróbować?
– Spróbuję, ale mam problem z aloesem. Nie daje się go konserwować, a nie wytrzymuje w naszym klimacie nawet w doniczkach. Moi przyjaciele w Ameryce usiłują wyodrębnić z jego łodyg wyciąg, odpowiedzialny za przyspieszanie procesów gojenia. Może uda się go przechowywać?
