***

Jedli śniadanie w restauracji. Dzień był ładny, wiatr ucichł i wyjrzało słońce.

– Wygłupiliśmy się w nocy – powiedział doktor Hansen, smarując kawałek chleba masłem.

– Dlaczego?

– Nawet jeśli wstrzyknięcie arszeniku pozabija mu leprę, to i tak komórki jego skóry i kości, a zapewne także i mięśni, są już zbyt mocno uszkodzone.

– Podamy mu preparat wapniowy wedle mojej receptury i żelatynę dla wzmocnienia tkanki chrzestnej i łącznej, do tego tran, dla ogólnego…

– Może, jeśli część komórek pozostała zdrowa, rozmnożą się…

– Zobaczymy.

W tym momencie do restauracji wpadł doktor Danielsen.

– Panie kolego – zwrócił się do Armauera. – Chyba mają kolejny przypadek trądu na mieście!

Doktor zabrał z talerza niedojedzoną kanapkę i zawinął ją w serwetkę. Skórzewski pośpiesznie dopił kawę. Nie smakowała mu, w Norwegii zamiast parzyć kawę gotowali ją, ale pomogła mu mimo wszystko odpędzić ponure myśli.

– Gdzie to się stało? – zapytał w biegu Hansen.

– Na pensji.

– O mój Boże!

Zabrał ze szpitala tylko torbę lekarską i już po chwili biegli, ślizgając się na zaśnieżonych uliczkach. Doktor Danielsen został w klinice. Niebawem dotarli do sporego budynku, mieszczącego internat. W drzwiach przywitała ich ponura kobieta o płonącym bojowo obliczu.

– Zabierzcie ją! – wrzasnęła histerycznie. – Zaraza!

– Niech się pani uspokoi! – huknął na nią Hansen. – Dzieci patrzą! Gdzie ona jest?

Machnęła dłonią. Weszli przez bramę na niewielkie podwórko zabudowane szopami. Przed drzwiami jednej z nich stał pedel, uzbrojony w starą strzelbę kapiszonową. Lekarz na ten widok wykrzywił pogardliwie wargi. Odepchnął go i otworzył drzwi. W kącie siedziała skulona dziewczynka mogąca mieć około szesnastu lat. Ubrana była w sukienkę i skórzane kapcie. Popatrzyła na niego jak zaszczute zwierzę. Przerażenie wykrzywiło jej rysy.



26 из 339