– Zabierz ją! – zawyła dyrektorka, która przyczłapała tu za nimi.

Spojrzał na nią ostro.

– Na dworze jest piętnaście stopni mrozu, a ona siedzi w szopie, ubrana tylko w sukienkę! – krzyknął. – Czy pani rozum postradała! Proszę natychmiast przynieść jej płaszcz, czapkę i buty.

Wszedł do szopy. Dziewczynka z przestrachu skuliła się jeszcze bardziej.

– Nie bój się – powiedział. – Jestem lekarzem. Nazywam się Armauer Hansen.

Opanowała się w jednej chwili, a może na skutek szoku ogarnęło ją otępienie?

– Słyszałam o panu. – Zrobiła się blada jak ściana. – Mam na imię Vanja. Vanja Lunden.

Paweł też się przedstawił. Po chwili wrócił cieć. Niósł ubranie Vanji na widłach. Rzucił je na klepisko, a sam wycofał się na bezpieczną odległość i zaczął dezynfekować gardło anyżówką. Hansen pomógł dziewczynce się ubrać.

– Idziemy tam? – zapytała.

– Tak, ale nie martw się. Zbadam, co ci naprawdę dolega. Może to nic takiego.

Cieć przyniósł, znowu na widłach, jej walizkę. Gdy wychodzili, na podwórzu dyrektorka właśnie polewała naftą wyrzucone przez okno łóżko i pościel.

– Niech pani nie zapomni wymyć wrzątkiem ścian i podłogi – poradził jej życzliwie Hansen. – I, oczywiście, należy spalić tę szopę. – Oczy błysnęły mu złośliwie.

Nie wątpił, że posłucha. Poszli. Zaraz za bramą lekarz przystanął gwałtownie.

– Nie możemy jej prowadzić na oczach całego miasta – powiedział. – Jeśli to nie trąd, to i tak potem będzie napiętnowana przez sam fakt pokazania się w naszym towarzystwie.

– Weźmy sanki – zaproponował Skórzewski.

– Akurat. Już widzę, jak mnie tu ktoś podwozi. Może grabarz karawanem. Zrobimy inaczej. Wy idźcie do szpitala. A ja pójdę okrężną drogą. Ciebie nikt tu jeszcze nie zna.



27 из 339