Paweł uśmiechnął się lekko. Ruszyli we dwójkę.

– Pozwoli mi pan uciec? – zapytała po niemiecku.

Poczuł się, jakby dostał obuchem siekiery w łeb.

– Wybacz – powiedziała. – Może to nic nie jest. Zresztą doktor gdzieś tam idzie, a bez pieniędzy nie dotarłabym do mojej wsi.

Skinął głową.

– Pozwoliłby pan – powiedziała z nieoczekiwaną pewnością. – Policzymy kroki. Podobno będzie ich dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt trzy.

– Osiemdziesiąt sześć – sprostował. – Poza tym kawałek już przeszliśmy.

– Liczmy.

Szli w milczeniu. Liczyli. Vanja była bardzo blada i trochę jej chyba miękły kolana. Szła wolno, mimo to szpital zbliżał się nieubłaganie. Spory kawałek za nimi sunął Hansen. On też liczył.

– Zgadza się – szepnęła, gdy zatrzymali się przed bramą.

– To niemożliwe – powiedział w zadumie. – Do pensji jest znacznie dalej niż do Bryggen. Obojgu nam wyszło tyle samo, a przecież ja mam dłuższe nogi i robię większe kroki.

– Może to wskazówka. – Uśmiechnęła się. – A więc tak wygląda piekło? – Dotknęła bramy.

Nagle jej twarz wykrzywiła się strachem. W oczach pojawiły się łzy. Skórzewski delikatnie ją popchnął, otwierając jedno skrzydło. Weszli na dziedziniec. Zawinięty w szare płótno kształt w kącie jeszcze nie zdążył pokryć się szronem. Oswald, który się powiesił… Po chwili dogonił ich Hansen. Weszli do budynku przez drzwi po drugiej stronie dziedzińca. Znajdowała się tu rozmównica, kilka pokoi dla personelu i drugie laboratorium.

– Poczekajcie chwilę – powiedział Hansen i wybiegł, zostawiając ich w gabinecie zabiegowym.

Paweł popatrzył przez okno. Doktor dobiegł do drzwi szpitalnego kościoła i, padłszy na kolana, zaczął się modlić. Vanja zdjęła z siebie kożuszek, pomógł jej powiesić go na wieszaku. Sam też zdjął płaszcz. Wrócił Armauer.

– Rozbierz się – polecił, wskazując parawan.

Po chwili stanęła przed nimi w samej bieliźnie i skarpetkach. Zaczerwieniła się i spuściła oczy.



28 из 339