
– Gdzie? – zapytał.
Odwróciła się, ukazując plecy. Pokrywały je dziwne, podeszłe płynem surowiczym pęcherze. Wziął do ręki szpilkę i ostrożnie nakłuł okolicę jednego z nich. Pisnęła.
– Jeszcze chwilę, młoda damo – poprosił.
Ukłuł ją jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem podskakiwała. Wyjął z szafki skalpel i, opaliwszy go nad płomieniem kuchenki spirytusowej, wyciął jej skrawek skóry. Paweł, obznajomiony z metodą przygotowywania roztworu, rozpuścił odrobinę atramentu w wodzie.
– Możesz się już ubrać – powiedział.
Spreparował wycinek i położył go pod obiektywem mikroskopu. Patrzył długo i uważnie. Tymczasem jego towarzysz przygotował kolejny. Zmienili szkiełka. Wpatrzyli się uważnie w błękitnawą tkankę. Była czysta, bez śladów sztabkowatych bakcyli.
– Jesteś zdrowa – powiedział Armauer. – Takie wrzody są faktycznie bardzo podobne do tych wywołanych przez trąd, ale powstają na skutek jedzenia chleba z brudnej mąki. Jeśli jest w niej dużo sporyszu, może się w ten sposób spaskudzić skóra.
– To mi wyskoczyło niedawno – rzekła. – Jakoś tak w zeszłym tygodniu.
– Gdy wrócisz do siebie na wieś, po kilku tygodniach znikną.
Uśmiechnęła się.
– Cudownie – szepnęła, a potem oczy rozjechały jej się tak, że przez chwilę patrzyła każdym w inną stronę, i osunęła się na ziemię.
Paweł podtrzymał ją z jednej strony, a Hansen z drugiej. Położyli ją na kozetce. Zaraz podali amoniak. Kichnęła i otworzyła oczy.
– Jestem zdrowa? – upewniła się.
– Tak.
– Chwała Bogu. Tylko jak ja się teraz dostanę do domu? – zaniepokoiła się.
– Gdzie mieszkasz?
– W Dale.
Hansen wyjął z kieszeni portfel i wydobył z niego kilka banknotów.
– Pawle. Wynajmiesz jej sanki, opłacisz z góry.
– Tak jest.
– Napiszę list do jej rodziców, bo ta wściekła baba z pewnością zaalarmuje całą okolicę – westchnął. – Nie zdziwię się, jeśli naukę to biedne dziecko będzie musiało kontynuować w Oslo.
