
Pożegnał niedoszłą pacjentkę, Skórzewski i Vanja wyszli.
– Dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt sześć kroków – powiedziała w zadumie, gdy sadowiła się w sankach. – Ciekawe, dlaczego.
– Sam chciałbym wiedzieć. Szkoda, że w Bergen nie ma Żydów.
– Dlaczego?
Uśmiechnął się.
– Znawcy kabały potrafią z cyfr odczytać ukryte przeznaczenie lub wiadomości.
– Może cyfry mówią, żeby go zabić?
– Kogo?
– Koleżanki straszyły mnie, że po Bergen krąży demon choroby. To były głupie żarty – spoważniała.
– Nie istnieją demony choroby. Taki zły duch musiałby bez przerwy wędrować po świecie. – Postarał się, aby jego słowa zabrzmiały przekonująco.
Od zajazdu, gdzie wynajął sanki, do szpitala było o połowę bliżej niż na pensję, ale znowu naliczył dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt sześć kroków.
***
– To jest szyfr – powiedział doktor Skórzewski. – Ale zbyt mało wiemy, aby go w całości odczytać. Dwójka odpowiada sefirocie Chochma, szóstka oznacza Tiferet.
– A co to znaczy po naszemu? – zaciekawił się Hansen.
– Chochma to mądrość, Tiferet – piękno. Niestety, nie pamiętam znaczenia pozostałych cyfr.
– Chyba nie tędy droga – westchnął Armauer. – A on znowu jest.
Na ulicy pojawiło się coś nieznacznie ciemniejszego od mroku. Gęsty kłąb, utkany ze śniegu i północnego wiatru…
– Duch Trądu, Dziadek Trąd – rzekł w zadumie Paweł.
Hansen otworzył szafkę i wyjął z niej kilka pudełek. Otworzył pierwsze i pokazał Skórzewskiemu wyrzeźbioną z ciężkiego, czarnego drewna maskę.
– To rzeźba z Madagaskaru – powiedział. – Przysłali mi ją w prezencie pracownicy tamtejszego leprozorium. A to rzeźba demona choroby z Beninu, krainy u ujścia rzeki Niger… – Podawał Pawłowi kolejne. – To polinezyjska, od doktora Mouritza z Hawajów. Tu jest drzeworyt, przedstawiający demona trądu z Chin, a tę płaskorzeźbę przysłała mi znajoma siostra zakonna, opiekująca się chorymi w Kalkucie.
