
– Nie mamy możliwości grzebania ani palenia zwłok przy takiej pogodzie – powiedział norweski lekarz. – Na razie leżą zamrożone w śniegu. Gdy nadejdzie wiosna, wywieziemy je na cmentarz za miasto i spopielimy.
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Znaleźli się w sporej sieni. Pachniało gotowanym mięsem i płonącym drewnem, ale przez te miłe wonie przedzierał się fetor karbolu, eteru i rozkładających się ciał.
Skręcili w lewo i po wąskich, trzeszczących schodkach weszli na piętro. Powietrze było cudownie ciepłe. Skórzewski czuł, jak życie mu wraca, serce biło mocno i równo. Znowu miał czucie w palcach. Hansen pchnął jeszcze jedne drzwi i znaleźli się w niewielkim, gustownie urządzonym saloniku. Lekarz bez wysiłku postawił kufry na podłodze. Przekręcił zawór i zapalił gaz w lampie. Pomieszczenie zalało przyjemne światło.
– To pokój gościnny. Obok jest łazienka. Kolację zaraz przyniosę.
Gość z ulgą zrzucił z siebie zesztywniały od mrozu płaszcz i gruby sweter. Zzuł ciężkie, wykładane futrem buty. Wyciągnął się wygodnie w fotelu, chłonął ciepło i światło każdą komórką ciała. Po chwili wrócił Norweg. Przyniósł dzbanek kawy, półmisek z mięsem i wędzoną rybą oraz niewielką paterę z pieczywem. Skórzewski popatrzył na posiłek z obawą.
– Doktor Danielsen już niestety śpi – rzekł Hansen. – Miał dzisiaj ciężki dzień.
Zasiedli przy stoliku. Pierwszy kęs okazał się nieoczekiwanie trudny do przełknięcia. Skórzewski czuł, jak kanapka z łososiem rośnie mu w ustach. Jeść tutaj? W takim miejscu? Zaczęło go ogarniać przerażenie. Dziki, pierwotny, zwierzęcy lęk. Wiedział, że prawdopodobieństwo zarażenia jest minimalne. Wiedział, że choroba najprawdopodobniej nie przenosi się przez żywność. A jednak nie potrafił się przełamać. Hansen zauważył, co się dzieje, bo dotknął uspokajająco jego ramienia.
